Rok podróży w Vanie! Nasze spostrzeżenia, wady i zalety. Co będzie dalej?

Rok życia w vanie, dokładnie tyle czasu minęło od naszego wyjazdu aż do dziś. 10 czerwca 2021 roku wyjechaliśmy z naszego niewielkiego miasta i udaliśmy się w „podróż życia” jak powiedziałoby wielu, chociaż ja sama nie lubię jej tak nazywać. Taki sam problem mam zresztą z określeniem „rzuciliśmy wszystko i..”. Zapewne dlatego, że nie przepadam za podkreślaniem rewolucyjności takich zachowań. Vanlife zaistniał w naszym życiu nie na zasadzie rewolucji, a splotu różnych zdarzeń, decyzji i jest wynikiem ewolucji naszych wieloletnich podroży.

Chcę podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami, jakie urodziły się w mojej głowie po roku życia w vanie, bądź co bądź, doświadczenie to ogromne!

Najpierw może rzucę tylko trochę światła na naszą historię, skąd, jak i dlaczego. My sami, nasze wcześniejsze doświadczenia, przekonania, to co lubimy, a co nie oraz sposób, w jaki podróżujemy kamperem, z pewnością ma wpływ na nasze wnioski po 365 dniach vanlife’u. To są nasze doświadczenia, więc pamiętaj o tym. Pamiętaj też o tym, że gdzie dwie osoby, tam trzy opinie, dlatego niektóre rzeczy traktuj z przymrużeniem oka. Chociaż w sumie uważam, że są tą jakieś tematy uniwersalne i wiele osób żyjących w vanie może się z nimi utożsamić. Z kolei Ci, co w vanie nie mieszkają, mogę się nieco zdziwić 😀 Jeśli mnie znacie, wiecie, że nie będzie to tylko miód i malina. Lecimy.

UWAGA! Nasz van ma pełne wyposażenie (bez klimatyzacji, więc nie takie pełnie), ale nie może być obiektem porównywalnym z vanami na bazach VW T4 czy innymi tego typu. Wiemy, że ludzie podróżują bez toalety, bez prysznica, ciepłej wody czy możliwości stanięcia w swoim samochodzie. Wiemy, że nasz VanDom jest pod tym względem luksusowy! Jest taki właśnie dlatego, że już na etapie budowy nam na tym zależało i wiedzieliśmy jakie kryteria musi spełniać, aby wybrać się nim w tak długą podróż. Jeśli na klawiaturę chce słynąć z Twoich ust komentarz, że ktoś tam był 5 lat w Afryce i nie miał prysznica, że rok na kole podbiegunowym bez ciepłej wody, jechał przez Indie i codziennie w otoczeniu całej wioski gotował na zewnątrz na wysuniętej z szuflady kuchence – zatrzymaj go dla siebie, bo my wiemy, że ludzie tak podróżują! Jednak my zbudowaliśmy naszego Vana pod siebie i swoje potrzeby.

 

Trasa naszej rocznej podróży

Nie sprzedaliśmy lodówki, aby ruszyć w drogę, chociaż takie osoby szanuję głęboko, bo sama na taki krok, bym się być może nie zdecydowała. Dlatego do vanlife’u dochodziliśmy powoli. Przeczytać o tym możesz w zakładce „o mnie”, więc tam Cię odsyłam.

Wyjechaliśmy 10 czerwca, po półrocznej budowie Mercedesa Vario. W założeniu kamper miał być całoroczny, bo zimę planowaliśmy spędzić w Gruzji. Przez dobry miesiąc nie wyjechaliśmy z Polski. Początkowo podróż była bardzo intensywna, ale nie robiliśmy dużo kilometrów samochodem. Przejechaliśmy Polskę, Słowację, Węgry i na dłużej zatrzymaliśmy się w Rumunii. Łuk Karpat ciągnął nas do siebie bardzo, wiec nim się obejrzeliśmy, zasiedzieliśmy się tam dwa miesiące.

Tranzytem przez Serbię (bo było za darmo, a nie tak jak granica rumuńsko-bułgarska) wjechaliśmy do Bułgarii i dalej znów niemalże tranzytem przez Grecję (tylko aby kupić elektryczną markizę, bo tam była najtańsza), dojechaliśmy do Turcji. Kraj ten nie urzekł nas tak bardzo, o czym mówić się nie boję, bo przecież nie każdemu wszystko musi leżeć na 100%. Z kolei jak wjechaliśmy do Gruzji, to mimo że był 1 grudnia, aura iście zimowa, dalej czekało na nas -20 stopni, to Gruzja wpadła do naszego TOP5 i walczy w czołówce (z Włochami, Rumunią, Marokiem i… Wielką Brytanią). Po dwóch miesiącach w Gruzji, na miesiąc wyskoczyliśmy do Armenii (raczej tego kraju na zimę nie polecam) i wróciliśmy do Gruzji, aby udać się do Azerbejdżanu*.

Jak się wtedy okazało, granica lądowa przez covid pozostaje zamknięta. Jeszcze nie wspominałam, ale planowaliśmy dojechać do Kirgistanu, wiec zamknęła nam się trasa przez Azerbejdżan i prom do Kazachstanu. Trudno, nasze oczy skierowały się na Iran! Nie, żebyśmy dopiero co byli na południu Armenii, wiec już prawie w Iranie 😀 Nie ma tego złego, bo w tym czasie znaleźliśmy Lucy i adoptowaliśmy ją z gruzińskiej ulicy. W pierwszym tygodniu kwietnia przez Turcję wjechaliśmy do Iranu. Iran wymaga wyjaśnienia, bo po tym kraju podróżujemy zupełnie inaczej niż dotychczas.

W Iranie możemy być dłużej niż 90 dni, mimo że oficjalne źródła twierdzą inaczej. Tutaj znamy ludzi, którzy naprawdę są dłużej niż 3 razy po 30 dni. Aby wjechać do Iranu własnym samochodem, należy mieć Carnet de Passage i według informacji na ich stronie, samochód nie może być jednorazowo w Iranie dłużej niż 90 dni. Być może tak jak w przypadku wizy, nikt sobie w tego nic nie robi, ale informacji, aby ktoś to sprawdzał, nie posiadamy, więc sami ryzykować nie chcemy. Trzy miesiące w Iranie, to z jednej strony mało, bo Iran jest potężny, a z drugiej dużo, bo podróż przez ten kraj jest, powiedziałabym, wymagająca. Jest też intensywna, bo chcemy zobaczyć wiele, a dystanse między tymi miejscami są powalające. Jeśli jedziesz 500 km, a za oknem masz NIC, to wiesz co mam na myśli. Poza tym jest teraz tutaj prawie lato, a na północy w Bandar Abbas, to lato aż za bardzo. Temperatura ponad 40 stopni w dzień i 30 stopni w nocy nie dawała nam odpocząć. Nie, nie mamy żadnej klimatyzacji.

Z Iranu jechać mieliśmy do Pakistanu, Indii i Nepalu, ale niecały tydzień temu nasze plany trochę legły w gruzach, a my przybici uznaliśmy, że czas zakończyć etap tej konkretnej podróży i powolną jazdą przez Kaukaz i Turcję wrócimy do Polski. Jednak to już któryś raz, kiedy zmieniamy nasze plany, więc ta opcja potwierdzi się na 100%, dopiero kiedy opuścimy Iran.

 

*Armenia ma zamkniętą granicę z Turcją i Azerbejdżanem, więc mimo że leży idealnie między nimi, to aby się do nich dostać, należy zrobić to przez Gruzję (bez wizy, ale trzeba wykupić ubezpieczenie auta) lub Iran (wiza 50 lub 75 euro + specjalne zaproszenie ok 20-30 euro).,

 

Vanlife to WOLNOŚĆ

Nie Zacznę od wolności, bo to słowo pada zawsze w kontekście vanlife’u i niemalże zawsze jako pierwsza jego definicja. Ja widocznie albo nie rozumiem do końca jego znaczenia, albo nigdy nie czułam specjalnie takich ograniczeń i w moim życiu codziennym i w innych podróżach też miałam jej pod korek. Niemniej.

Życie w vanie, i to w samowystarczalnym vanie, otwiera przed nami masę możliwości! Nasz VanDom budowany był z myślą o nocowaniu tylko na dziko przez cały rok. Mamy odpowiednią ilość prądu, nie musimy więc korzystać z kempingów, które umówmy się, że może poza sezonem mają ludzką cenę. W sezonie być może w podobnej cenie zabookujesz nocleg w ścisłym centrum miasta. Z kolei im dalej na wchód, tym kempingowa infrastruktura jest mniej rozwinięta. Nie ma więc tylu kempingów, gdzie człowiek mógłby się zatrzymać, ale też strach przed mandatem za spanie na dziko niewielki, bo w tej części świata, regulacji w tym zakresie niemalże brak. Można więc poczuć prawdziwą wolność wyboru i to tutaj często trafiają nam się noce w epickich miejscach, z niesamowitymi widokami.

Mamy też toaletę i prysznic z ciepłą wodą w oddzielnym pomieszczeniu, więc znów odpadają nam kempingi czy stacje benzynowe na poranną toaletę. Na wyposażeniu jest kuchnia wewnątrz vana i domowa lodówka z zamrażalnikiem, dlatego nawet jak deszcz pada poziomo, a wiatr wieje, jakby jutra miało nie być, my możemy spokojnie gotować w naszym domu, bez konieczności szukania baru czy restauracji. Kiedy w Gruzji na zewnątrz -20 stopni, odpalamy kominek i widzimy płomienie tańczące za małą szybką. Lepiej chyba być nie może, prawda?

Vanlife to: czasami brak wolności

No więc czasami mogłoby 😀 Ta wolność wyboru, bycie „poza” ma swoje ceny. Nie korzystamy z infrastruktury miejskiej, która nas obsłuży. To my musimy pamiętać, że prąd który, nawet jeśli bierze się z nieba, to nie jest niewyczerpalny. Woda płynąca w kranie, nie jest studnią bez dna, a toaleta nie odprowadza nieczystości do oczyszczalni ścieków. Nie dostajemy też za te udogodnienia rachunków, ale dopiero teraz zaczęliśmy rozumieć, skąd biorą się media w naszym domu, z których my tak bezrefleksyjnie korzystamy każdego dnia. Nie jest to wyczyn kontrolować stopień naładowania akumulatorów, poziom diesla w baku, wody w zbiorniku czy nieczystości w toalecie. Jednak jest to ważny element codzienności w vanie, o który dbać trzeba, a ogarnięcie całego serwisu, to też nie pięć minut roboty.

Każde miejsce jest dla nas nowe, nieznane, do odkrycia i brzmi to pięknie w kontekście poznawania świata, ale już mniej, kiedy musisz wyszukiwać kraniku, aby nabrać wodę. Kontakt z ludźmi staje się mniej przyjemny, kiedy chcesz zlać nieczystości i widzisz uniesione brwi, ironiczny uśmiech i odpowiedź nie. W takich momentach masz czasami ochotę zanurzyć się w wannie z pianą po szyję i oddać się błogiej relaksacji. Tymczasem zostało Ci 10 litrów wody, dwie osoby do wykąpania, gary do umycia i wiesz co? W sumie idealnie, że zepsuło się akurat grzanie wody, nie będzie tak trudno podzielić się tymi 10 litrami, bo kto tam lubi kąpiel w zimnej wodzie. Włosy ujmuję jutro, a dziś założę czapkę 😀

 

Vanlife to: OBCOWANIE Z NATURĄ

Jak już przy tej wolności jesteśmy, to chciałoby się z niej korzystać na maxa, problem jest tylko taki, że nie Ty jeden tak byś chciał. Vanlife to obcowanie z naturą i piękne zdjęcia z widokiem na cudowne krajobrazy. To też element naszej vanlife’rowej codzienności. Przez kraje, które jedziemy, nie było aż tak sztywnych regulacji pod kątem noclegów. Na szczęście nigdzie nie mieliśmy problemów z policją, tylko raz na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego po stronie Słowackiej po nocowaniu na parkingu w lesie dorwał nas pracownik parku i z uśmiechem poprosił: kochani wczoraj Wam nie dałem mandatu, bo macie fajne auto, ale proszę dziś już jedźcie, bo nie mogę przymknąć oka drugiego dnia z rzędu”. Nie możemy narzekać, noclegi bardzo, bardzo często mamy ekstra.
 

Vanlife to: czasami zerowy kontakt z naturą

Jednak przeniesienie swojego życia do kampera, jeszcze nie świadczy o tym, że jesteś w tym „poza” i świat już leży u twych stóp. Równie często, jak noclegi wywalające nas wieczorem z kapci, trafiają się takie.. średnie i mocno średnie. Nikt nie wstawia na Instagram zdjęcia z widokiem na kosz na śmieci lub – co gorsza – śmieci bez kosza. Nikt nie chwali się, kiedy nocuje na parkingu pod sklepem lub obok parku, gdzie do 4:00 młodzież napierdziela chamskim techno. Częściej zobaczyć zdjęcie nocnego widoku na gwiazdy i księżyc, niż na latarnie, która przez szparę w zasłonach pada prosto na twoje prawe oko. Jesteś w trasie i nocujesz na stacji paliw obok jeżdżących całą noc ciężarówek, serio to jest taka sama codzienność jak ten widok z łóżka na sielskie łąki. O tym jednak mało kto mówi i mało kto chce o tym słuchać.

 

Vanlife to: MOBILNOŚĆ

To kolejna odsłona wolności, bycie mobilnym ze swoim małym domkiem. Kiedy chcę jadę (może nie kiedy litr paliwa kosztuje 2euro), kiedy chcę stoję, gdzie chcę parkuję (z wyjątkami) i postanawiam, dziś mieszkam właśnie tutaj. Jest to niewątpliwy plus bookowanie noclegów z wyprzedzeniem, bo taniej, a później trzeba tam gnać, a jeszcze by się zostało. Nie trzeba się też martwić, czy w wynajętym lokum będzie czajnik i gazówka, a co jak nie będzie klimatyzacji lub ogrzewania? Nie trzeba pytać, czy można tam z psem albo czy kanapa w salonie się rozkłada. Ostatecznie nie trzeba też słuchać chrapiących współlokatorów w hostelu no i wiadomo, nie trzeba wynajmować samochodu ani tłuc się komunikacją publiczną. Wszystko masz ze sobą i to ty decydujesz. Jeśli nagle zapragniesz uciec z centrum Stambułu i pognać do Pamukkale, proszę bardzo, możesz też cały dzień zwiedzać Wenecję, a wieczorem już parkować z widokiem na Dolomity. Jesteś tylko Ty, Twój van i byle tylko paliwo było tanie.
 

Vanlife to: czasami brak mobilności

Kontrargumentem do mobilności wcale nie będzie wysoka cena paliwa, a przynajmniej nie tym razem. Przyznam szczerze, że im dłużej podróżujemy vanem i im dalej od Polski jesteśmy, tym decyzje są trudniejsze, a my zamiast być mobilni, czujemy się trochę więźniami tego luksusu. Już lecę z argumentami, dlaczego posiadanie vana trochę nam tej mobilności i swobody w podejmowaniu decyzji odbiera. Wyobraź sobie, że budujesz vana kupę czasu i ładujesz w niego kupę kasy. Wyjeżdżasz na jedne wakacje i na poważnie, zapewne nie prędko polecisz gdzieś samolotem, bo przecież kamper stoi w garażu i się kurzy, czekając na urlop. Płacisz za przegląd, płacisz za ubezpieczenie, a przecież tyle już w niego zainwestowałeś, więc wypadałoby jeździć nie?

Inna sytuacja, wyjeżdżasz jak my na dłużej, coś Ci nie leży. O nieeee, nie wrócę po dwóch miesiącach życia w vanie, bo przecież miało mi się tak podobać i znów, tyle w niego zainwestowałem! Jeszcze inaczej, dojechałeś już tak daleko, wysłałeś vana promem do Stanów i jak to teraz? Mam tak po prostu.. zawrócić? Nagle okazuje się, że w Twojej głowie odgrywa się potężna walka, chcesz lecieć do tego Egiptu, ale przecież masz vana, więc może pojedziecie do Chorwacji? Jesteś w Iranie i chcesz do Kirgistanu, a tu nagle masz wrócić do Polski i jechać po raz kolejny? Może jednak jesteś w stanie zaczekać z tym remontem, może brak ciepłej wody jakoś da się przeboleć jeszcze pół roku? Z człowieka mobilnego, który tak jak my podróżując autostopem w 2020 roku, decyduje z tygodnia na tydzień, polecę tutaj, zamieszkam tutaj, popracuję z Madery nawet nie wiesz, kiedy stałeś się osobą z bagażem w postaci kampera, który jednak nie ma takiej mocy teleportacji, o jakiej czasami byś marzył.

Wiem, że to myślenie opiera się na efekcie utopionych kosztów. Wiem, a i tak, mimo to sama czasami łapię się w tej pułapce myślenia. Moja rada jest tutaj tylko taka, aby ostatecznie zawsze pamiętać zapytać samego siebie: czego chcę i czy jestem w stanie za to zapłacić. Jeśli tak, robię to i już nie oglądam się na nic. Na poważnie chciałabym, aby było to takie proste!

 

Ps. Pozdrawiam covid i kraje, które mają otwarte granice tylko powietrze – tak m.in. o Tobie Azerbejdżanie mówię!

 

Vanlife to: STABILNOŚĆ I BEZPIECZEŃSTWO

 

Nie pracujemy, żyjemy i podróżujemy, mamy całe dnie dla siebie. Mamy vana i naszą wolność, codziennie więc mogę wybrać według siebie, jak chcę, aby wyglądał mój dzień. Chcę codziennie rano zaczynać dzień od kawy z widokiem na naturę. Zasypać swój ulubiony kubek zalać wrzątkiem i wyjść zobaczyć wschodzące już słońce. Nawet jeśli każdego dnia parkujemy w innym miejscu, mamy nasze cztery ściany i cztery koła, więc to już maksimum stabilności. Po 7 metrach kwadratowych poruszać się można z zamkniętymi oczami, bo zna się już tę przestrzeń na pamięć (edit. nie można, bo Lucy lubi być wszędzie). Czuję się po prostu u siebie. To chyba dla mnie bardzo ważny aspekt. Mam swoją przestrzeń do działania, odpoczynku, snu, mam swoje miejsce, które nazywam domem. Lubię mieć spore poczucie kontroli nad tym co się dzieje i życie w vanie daje mi je zdecydowanie bardziej niż podróż rowerami czy autostopem. Otaczam się tymi samymi przedmiotami i mimo tak długiej podróży i tylu zmiennych, tutaj w moim małym świecie niewiele się zmienia. No ale właśnie, tylu zmiennych.

 

Vanlife to: czasami brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa

Vanlife daje sporo stabilności, ale wiele zależy też od nas. Każdy kraj w naszej podróży to nowa codzienność, zwyczaje, kultura i religie. Po przekroczeniu każdej granicy pewnych zasad musimy się uczyć na nowo, co wolno, co wypada, gdzie szukać pomocy. Nie idę codziennie po chleb do tej samej piekarni, po jabłka do warzywniaka czy mleko do Lidla. Każdego niemal dnia buduję swój świat na nowo. Jedziemy i nagle: o warzywniak, idę po pomidory, o sklep, więc kupię jajka. Wieczorem dojeżdżasz w dzicz, poziomujesz samochód i już szykujesz się do kolacji, a tutaj bang. Pamiętałeś już o wszystkim, jest woda, warzywa, dodatki do kanapek, tylko o chlebie jak na złość tym razem zapomniałeś. Idziesz spać po niezbyt udanej kolacji, ja tam nie lubię jajecznicy bez grama pieczywa, a tutaj o 4:00 ktoś wali Ci w drzwi samochodu. Z sercem w gardle odsłaniasz okienka i i tak nic nie widzisz, bo właśnie ktoś Ci wali latarką prosto w zaspane oczy i mówi „Salam. This place is not safe. Come with me please”. Serio o 4:00 jest niebezpiecznie? Daj żyć. W Iranie akurat tak wyglądała nasza codzienność przez pierwsze 2 tygodnie.

 

Vanlife to: SLOWLIFE I BEZPLANIE

 

To jest ostatnio temat modny, a i ludzie podróżujący w stylu slow są teraz na pewnej fali. Jeśli jedziesz z gotowym planem wypchanym po brzegi i niewielkim czasem na sen, jesteś trochę passe. No bo wiesz, chodzi o to, że umyka Ci to, co najpiękniejsze, że nie masz czasu na kawę w kawiarni i obserwowanie życia lokalsów. Nie masz czasu na dokarmianie kaczek w parku i wąchanie kwiatków zerkając na dzieci zdmuchujące latawce. Twoja podróż to ciągły bieg i odhaczanie punktów. Trochę przerysowałam to spojrzenie, ale i takie się zdarza. No więc mam świetną wiadomość, bo w vanlife, szczególnie takim długim, bez dat i ograniczeń jesteś wrzucony w taki właśnie tryb, czy tego chcesz, czy nie.

Przyznam szczerze, że bez tego pośpiechu jest pięknie. Faktycznie jest czas, aby usiąść z kimś w parku przy kebabie, bo poznaliście się 5 minut temu. Nie musisz się zrywać każdego ranka i pędzić do kolejnych atrakcji, bo możesz dziś odpocząć i iść jutro, a możesz nie iść wcale, bo przecież w ogóle nie interesują cię obrazy. Dzięki bezplaniu możesz zmieniać zdanie swobodnie, kierować się tam, gdzie dusza zapragnie i być ciągle otwarty na nowe przygody. Zresztą umówmy się, jadać na tydzień wakacji przez miesiąc tworzysz plan. Nie da się takiego planu stworzyć na rok podróży. Tutaj tworzy się go raczej na bieżąco.

 

Vanlife to: czasami za duże slow i totalne bezplanie

Idea piękna, chociaż też problematyczna. Po roku pytam się, gdzie jest ten czas, który miałam? Skoro jest to trochę obojętne czy pójdę tam dzisiaj, czy wcale i w sumie, czy ja w ogóle chcę tam pójść? Nagle okazuje się, ze wyjście z trybu codziennego automatu zmusza cię do podejmowania każdej, nawet najmniejszej decyzji. Po roku w vanie wiem, że nie umiem żyć bez planu i nie chcę żyć bez planu. Chcę mieć ten czas na kebab w parku, ale chcę też mieć czas dla siebie i podążać według wybranej przez siebie ścieżki. Dla przykładu, pracujesz na etacie od poniedziałku do piątku i codziennie po pracy idzie na siłownie, gotujesz sobie zdrowe posiłki i działasz jak w zegarku. Żeby nie było, życie jak taki mały trybik też nie jest dobre! Później przychodzi weekend, on mija, mija i, mija i w niedziele wieczorem okazuje się, że nie zrobiłeś.. nie chcę powiedzieć, że nic, ale ogólnie obejrzałeś netflixa i zamówiłeś pizze z kolegami. Super uznajmy, że to taki życiowy balans.

A teraz wyobraź sobie, że weekend trwa rok? Ile razy pójdziesz na siłownie, ile zdrowych obiadów przygotujesz, ile książek przeczytasz i nowych słówek z francuskiego poznasz? Teoretycznie osoby takie jak my, które mają najwięcej czasu, powinny być rozwinięte w wielu różnych kierunkach, bo mają na to najwięcej czasu. Niestety jest chyba trochę inaczej. Nie chodzi o brak motywacji (chociaż i o nią ciężko), czy o bycie leniwym naleśnikiem. Nie byłabym w tym aspekcie aż tak surowa. Ale naprawdę po roku takiego życia, jako osoba bardzo zorganizowana muszę to przyznać, że jest się ciężko zebrać do działania, kiedy możesz zrobić to jutro.

 

Vanlife to: MINIMALIZM

 

Oj! Jest to niesamowity plus vanlife’u! Co prawda u nas stopniowe wyzbywanie się rzeczy, a może bardziej nienabywanie bezrefleksyjnie nowych, rozpoczęło się po wyprowadzce do Niemiec, gdzie nie dwa-trzy miesiące zatrzymaliśmy się w pokoju: dwa łóżka pojedyncze, stolik, regał i dwa rowery. Nie wytrzymaliśmy tam długo i przeprowadziliśmy się do kolejnego pokoju, później do kawalerki, później znów do pokoju, by na końcu wrócić do Polski, zostawić rzeczy w piwnicy i zamieszkać w torbie podróżnej (czas budowy vana) 😀 Ostatecznie przyszedł czas na spakowanie Van Domu i zabranie tylko tego, co potrzebne nam do życia w Vanie. Najwięcej miejsca nadal zajmują narzędzia, z którymi Krzysiek nie chce się rozstać i uważa, że wszystko się przyda. No dobra trochę więcej zajmuje chyba sprzęt trekkingowy, zimowe śpiwory, letnie śpiwory, namioty (tak, w liczbie mnogiej!), liny, uprzęże, czekany, buty wysokogórskie, sakwy, plecaki itp.

Pakując się, trzeba było ograniczyć sprzęty kuchenne, domowego użytku, kosmetyki, ubrania i całą gamę gadżetów. Podczas rocznej podróży nadal mamy ze sobą rzeczy, których używamy sporadycznie, ale jeśli chcemy zrobić coś wyjątkowego, to musimy je mieć ze sobą i wcale nie żal nam na nie miejsca na sprzęt specjalistyczny. Doprawdy okazuje się, że człowiekowi niewiele do szczęścia potrzeba i zawsze, zanim coś kupi, zastanowi się pięć razy. Dzięki temu zmieniłam też myślenie ilościowe na jakościowe. Zdecydowaliśmy się na budowę Vana samodzielnie, bo chcieliśmy mu nadać wygląd, który daje nam taką domową przytulność. To rzecz gustu, wiadomo, ale warto zadbać przy tak długiej podróży o estetykę i dodatki. Już wielokrotnie wspominałam o tym, jak podczas podróży autostopem popłakałam się w sklepie z najpiękniejszymi artykułami domowymi, jakie w życiu widziałam. Rozgrzeszam się z tego całkowicie, bo mieliśmy ze sobą (we dwoje!) jeden rondel, jedną plastikową miskę, jeden termos, jeden widelec i jedną łyżkę. Nie chciałam mieć więcej, ale marzyłam wtedy o wypiciu kawy z normalnego kubka! Dziś realizuję ten plan każdego poranka.

 

Vanlife to: czasami całkowity brak przestrzeni

Van to nie tylko minimum rzeczy, na które nie ma miejsca, ale no właśnie, minimum przestrzeni. Chociaż nasz układ nadal pozostawia nam jej całe ogrom, co też było naszym wyborem. Jak dobrze, że nie zdecydowaliśmy się na układ, nazwijmy go wąski, a na dużo przestrzeń na planie kwadratu. Mamy mniej szafek, półek i skrytek, okej ale za to mamy dużo przestrzeni do oddychania. A ta naprawdę się przydaje, szczególnie kiedy spędzasz 5 miesięcy w pogodzie, która nie pozwala ci na otworzenie przesuwnych drzwi, bo jest za zimno. Tak samo, kiedy jesteście we dwoje i nagle zapragniecie mieć przestrzeń dla siebie, bo jej po ludzku potrzebujecie lub awantura wisi w powietrzu. Wręcz niezbędna jest, kiedy awantura już nie wisi, a rozlała się po wszystkich kątach.

Tam samo, kiedy na dworze sypie śnieg, a Lucy właśnie wróciła ze spaceru mokra jak mysz. Podziwiam rodziny żyjące w Vana i na ich miejscu jeździłabym chyba tylko tam, gdzie całe stado można wypuścić na zewnątrz, bez konieczności kiszenia się na 7 metrach kwadratowych 😀 Mówi się, że kiedy podróżujesz kamperem, Twoim podwórkiem jest cały świat. Piękne hasło i nawet trochę prawdziwe. Pytanie, czy akurat w listopadową ulewę masz ochotę napawać się tym podwórkiem na zewnątrz, czy raczej przyklejając nos do szyby w ciepłym kamperze.

Czasami to nie jest nawet kwestia wielkości kampera, bo nawet gdyby nasza bestia była o metr dłuższa, to i tak nie jest przyjemne, i w ogóle wskazane, suszenie mokrych ubrań i przemoczonych butów. Przekładasz ciągle te rzeczy z miejsca na miejsca, bo nie masz gdzie ich wsadzić. Na Pintereście nie zobaczysz walających się ubrań na łóżku, które już nie nadają się do szafy, ale do prania nadal daleka droga. Wszystko w kamperze ma swoje miejsce i niestety nie da się aby to  wszystko było pod ręką, a już ustaliliśmy, że bierzemy ze sobą rzeczy niezbędne. Naprawdę potrzeba świętej cierpliwości, a ja nie mam ani świętej, ani żadnej, aby jakoś sobie radzić w takim domku we trójkę i nie wrócić z papierem rozwodowym 😀

 

Vanlife to:  SPEŁNIENIE MARZEŃ

 

Życie w vanie to piękne marzenie oparte na plusach m.in. opisanych powyżej. Marzyłam o podróży dookoła świata, marzyłam i marzę nadal. Robię to i kocham to! Nie zmieniłabym tego na nic innego. Mam możliwość odkrywania świata, a w im więcej miejsc docieram, tym bardziej to doceniam. Świat nie jest sprawiedliwy i nie każdy taką możliwość ma, a nawet jeśli ma, to jest ona i tak dużo cięższa do zrealizowania, wymaga więcej czasu, wysiłku i pracy. Cieszę się, że zdecydowałam się kiedyś podjąć kroki, które zaprowadziły mnie do tego punktu. Wszystkie sytuacje, te dobre i nie, ostatecznie składają się na cały bagaż doświadczeń, pełen jego wachlarz. Czym byłaby podróż bez trudów i strachów? Tym samym co wejście na szczyt góry bez wysiłku. Lubię wyzwania i lubię trochę się namęczyć. I chociaż czasami płaczę i mam wszystkiego dość, to nie zamieniłabym tego na nic innego.

 

Vanlife to: czasami rezygnacja z marzeń

Czy nawet w realizacji swoich marzeń musi być druga strona medalu? Musi 😀 Wszystko zależy od tego, co jest dla Ciebie ważne, z czego jesteś w stanie zrezygnować, a z czego rezygnować nie chcesz i ewentualnie na jak długo. To chyba nasza największa bolączka i to, czego w vanie brakuje nam najbardziej. Chociaż i tak możemy robić więcej, niż podróżując autostopem. W sumie to właśnie to popchnęło nas do budowy vana. Przez długi czas marzyliśmy o podróżach, a później dość szybko okazało się, że w życiu ważne są dla nas inne rzeczy, niż podróż sama w sobie. Dla przykładu: moją miłością był treningi, siłownia, pole dance i bieganie. Biegałam codziennie, a w weekendy starałam się jeździć na zawody. W najlepszym roku na linii startu stanęłam ponad 30 razy! Moją pasją stało się też robienie zdjęć, czytanie książek i wtedy jeszcze marzenie o pisaniu bloga. Z całej tej palety podczas podróży autostopem zostało mi tylko czytanie książek i robienie zdjęć, które mogłam zgrywać tylko na telefon.

Dziś mogę robić o wiele więcej, ale nadal pozostaję ze sportem na bakier, a o bieganiu myślę już tylko w kontekście „jak wrócimy do pracy”. U Krzyśka lista jest może i krótsza, ale trudniejsza do zrealizowania, bo kilka lat temu zajarał się triathlonem. Podczas podróży autostopem nie mógł z tą pasją robić nic, nie dziwię się, że było to dla niego frustrujące. W kamperze szybko okazało się, że regularne treningi, chociażby jazdy na szosówce są niemalże nie do zrealizowania. W akcie desperacji w marcu odebraliśmy w Gruzji paczkę z trenarzerem 😀 Od tamtego czasu jest lepiej, Krzysiek może trenować regularnie chociaż jedną z dyscyplin.

Ostatecznie ja już wyleczyłam się z hasła „marzę o podróżach”, a raczej od razu stawiam pytanie „i co z nimi zrobisz?”. Być może dlatego właśnie mam taką rezerwę do tych bardzo chwytliwych nagłówków. Nasza podróż Vanem, już roczna, to nie tylko rezygnacja z innych pasji na ten moment, ale zdanie sobie sprawy, że tak długa przerwa, to bardzo mocny regres i nawet jeśli wrócę do biegania, to w moim przypadku ponownie będzie to dłuuuugie budowanie wszystkiego na nowo, ponownie jak kilka lat temu, zaczynając niemalże od zera.

No i jak nam z tym vanlife’m? Z blaskami i cieniami, nadal dobrze. Co jest wadą bierzemy na klatę i staramy się pracować nad tym, aby te rzeczy minimalizować i by aż tak bardzo nie dawały nam popalić.

To co dobre bierzemy z wdzięcznością i chcemy, aby tak było jak najdłużej i aby było tego jak najwięcej! 

Jedziemy dalej. Plan powrotu do pracy na zimę i wiosnę jest nadal aktualny. Tak samo ciągle układamy w głowie scenariusze kolejnych podróży, a z tej wyciągamy wnioski.

Czeka nas remont Vana – niewątpliwie, tak by był jeszcze bardziej funkcjonalny! Nie ma nic gorszego niż awarie w domu, które burzą cały spokój i bezpieczeństwo.

Czeka nas odpowiedniejszy dobór kierunków, tak abyśmy mogli wrócić do regularnego uprawiania sportu. Nie umiemy sobie z tym poradzić.

Jednak ten rok dodał nam wielkiej odwagi! Wiemy, że możemy, więc teraz będziemy zawsze pytać tylko o to, czy chcemy. Jeśli tak, to w drogę <3 

4 komentarze

  1. Super wpis. A najbardziej podobał mi się fragment o ubraniach, które już się nie nadają do szafy, ale jeszcze nie do prania. Też tak mamy, a dodatkowo co wieczór cały kamper to suszarnia ręczników (nas jest czwórka).

Dodaj komentarz