Turecka gościnność CZĘŚĆ I: o tym jak przypadkiem trafiliśmy na farmę rybną

Turcja potrafi dostarczać emocji i kiedy to robi, to najczęściej leci po całości,  jeńców nie bierze. Są okresy kiedy życie płynie spokojnie...

Turcja potrafi dostarczać emocji i kiedy to robi, to najczęściej leci po całości,  jeńców nie bierze. Są okresy kiedy życie płynie spokojnie, niewiele się dzieje i tak dzień za dniem. Jednak kiedy zaczyna się coś, jakaś akcja, spotkanie, rozmowa, zaproszenie na czaj, to już możemy być pewni, że właśnie rusza cała lawina. Po cudownym spotkaniu i niezwykłych emocjach w Kapadocji pojechaliśmy w góry. Tam też mieliśmy spotkanie, nieprzyjemne swoją drogą. Znów ruszamy na południe, na wybrzeże, gdzie zaczynają dziać się cuda. Dziś opowiem o pierwszym z nich, czyli jak trafiliśmy na farmę rybną w Parku Narodowym Yumurtalik Lagunu.

Kartka z pamiętnika - opuszczamy Kapadocję

Dziś 12 listopada, piątek. To że zbliża się weekend nie ma dla nas większego znaczenia, chociaż tym razem mamy zamiar naprawdę odpocząć, bo i mamy po czym! Ten tydzień bowiem, był całym wachlarzem różnych emocji, spotkań i sytuacji. Jakże byliśmy nieświadomi, że ta kula śnieżna dopiero się rozpędza!

Jednak wróćmy na moment do początku byliśmy w Kapadocji, pięknej, uroczej, ogromnej, którą w roku odwiedza ponad 3 miliony turystów. Być może wyniknęło to z faktu, że byliśmy tutaj w listopadzie, więc poza wysokim sezonem, ale mimo tych naprawdę imponujących liczb czuliśmy wielką przestrzeń, wolność. Trochę tak, jakbyśmy mieli ją w dużej części dla siebie. Tam po raz pierwszy spotkaliśmy się z Kasią i Łukaszem, którzy swoim kanałem Podróżovanie niezwykle pomogli nam podczas budowy vana - więc polecam zajrzeć na ich YouTube! Zatrzymaliśmy się na tym samym parkingu i razem z nimi i ich przyjaciółmi Dorotą i Darkiem (@wezymord.w.drodze) zasiedliśmy do czaju i kolacji. Trochę pogadaliśmy i wymieniliśmy nieco doświadczeń. Cała ekipa została jeszcze w Kapadocji, a my wieczorem ruszyliśmy dalej na południe.

Dziwne opłaty na nieczynnym kempingu w Górach Aladaglar

Dotarliśmy do Paku Narodowego Aladaglar, gdzie wjechaliśmy na plac parkingowy. Nie było żywego ducha, więc uznaliśmy, że nie ma opłat i poszliśmy się przejść kilkanaście kilometrów. Ogromne było nasze zdziwienie, kiedy z krzaka wyszedł jakiś człowiek twierdzący, że skoro chcemy zostać tutaj trzy dni musimy zapłacić 180tl. Nieco oburzeni podjęliśmy się negocjacji i uznaliśmy, że w takim razie odjeżdżamy. Pan twardo obstawał przy swoim, że w takim razie mamy zapłacić za parking za jeden dzień i jedną noc. Na nic zdały się tłumaczenia, że nie zostajemy tutaj na noc, więc zapłacimy ale za wejście na teren parku (16tl) a nie za kemping na którym nie zostajemy. Po straszeniu żandarmerią, rzucaniem argumentów, że jesteśmy bogatymi turystami powiedzieliśmy OK! Ale płacimy kartą i chcemy paragon. O jednym i drugim w szczerym polu można zapomnieć. "Biletowy" zażądał gotówki, więc daliśmy mu tyle ile mieliśmy przy sobie - 17tl. W niemiłej atmosferze odjechaliśmy dalej. 
PS. Tym bardziej było nam przykro, że człowiek który wymuszał na nas zapłatę nie podszedł do dwóch innych samochodów, które na plac przyjechały podczas naszych kłótni. Po skasowaniu od nas 17tl wyjechał zaraz za nami, także..

Jak trafiliśmy na farmę rybną w Yumurtalik Lagunu

Kolejny punkt to Park Narodowy Yumurtalik Lagunu, gdzie wjechaliśmy na polną drogę prowadzącą między płytkimi wodami pełnymi ryb. Zatrzymało nas jakieś auto: gdzie my jedziemy i czy się zgubiliśmy - myślimy sobie - co jest?! Czy naprawdę wchodzenie na tereny parków narodowych jest takie problematyczne? Od słowa do słowa i po wykonaniu telefonu do znającego język angielski przyjaciela zastaliśmy zaproszeni na farmę rybną. Jak się okazało, w tym parku narodowym to za wiele do oglądania nie ma, a tereny wykorzystywane są do hodowli i połowu ryb. Na miejscu zostaliśmy dwa dni, a Panowie pracujący na hodowli zajęli się nami jak przystało na turecką gościnność.


Po wielu niemiłych sytuacjach jakiś doświadczaliśmy w Turcji było to dla nas prawdziwe zaskoczenie. Ciągle tylko czytaliśmy o gościnności i otwartości Turków, a do tej pory mieliśmy tylko przykre sytuacje. Początkowo więc trochę niepewnie pojechaliśmy za naszym nowym przyjacielem na jego farmę. Chociaż w sumie nie wiemy czy jego, bo finalnie obserwując rozwój wydarzeń przez dwa dni ciężko stwierdzić kto był pracownikiem, a kto był szefem. Wszyscy jedli, pili i palili równo. Z kilkunastoosobowej grupy może dwoje mężczyzn ubranych było w sposób wskazujący, że mogą pracować przy świeżo wyciągniętych z wody rybach.

Czaj, rakı, papierosy i grillowana ryba, czyli jak się nie śpi na farmie

Życie na farmie według opowieści toczyło się przez kilka miesięcy w roku, a przez pozostałą część ryby ponownie żyły wolno pływając bez ograniczeń, a jedynym zagrożeniem były dla nich licznie żyjące tutaj ptaki. Trafiliśmy akurat na środek sezonu, gdzie połów odbywał się podobno bez przerwy. Mężczyźni opowiadali nam o dobach bez snu lub przezywanych kilkugodzinnymi drzemkami. Czy wierzę? Owszem, czerwone oczy, hektolitry mocnego czaju i szklanki tureckiej rakı, czyli wódki anyżówki. Najpierw udaliśmy się na wspólną kolację składającej się z chleba, sałatek warzywnych i grillowanych świeżych ryb. W niewielkim pomieszczeniu, który w całości wypełniał długi stół, stało tylko kilka regałów pełnych notesów i zbędnych bibelotów, przez otwarte drzwi do kuchni co chwila ktoś wychodził aby przynieść tradycyjne dwa czajniki składane piętrowo. W dolnym gotowała się woda, w górnym trzymano zaparzony czaj. Jedliśmy i piliśmy, a dookoła spowijały się kłęby papierosowego dymu, które odpalane były jeden za drugim. Na ścianie dostrzegliśmy jeszcze kalendarz z portretem Atatürka, co było świetnym wprowadzeniem do rozmowy o polityce, religii i sytuacji dotykających tureckie społeczeństwo.


Kiedy naszemu jedynemu rozmówcy powieki zaczęły powoli opadać, stanowczo oznajmiliśmy, że na nas już czas. W atmosferze poważnych rozmów i pysznego jedzenia nikt specjalnie nie chciał nas puścić od stołu. Co chwile dolewano ciepłego napoju i po kolacji podano najpyszniejszą baklawę jaką jedliśmy w całym kraju. Nie chcieliśmy sprawiać nikomu przykrości, ale to był czas aby powiedzieć dość. My udaliśmy się do spania, a cała ekipa nadal kursowała między małymi budynkami, a drewnianą kładką, gdzie podpływały łódki z rybami. Wciąż zastanawiamy się czy nie byłoby bardziej efektywne pracować na zmiany, albo po prostu zamiast odpalać kolejnego papierosa i wlewać w siebie 5 szklankę pobudzającego czaju iść spać na co najmniej 6 godzin i obudzić się z energią do dalszych działań? Według naszego myślenia o balansie pracy i odpoczynku pewnie tak. Tutaj jednak zdaje się inne wartości miały większe znaczenie, niż sen.

Bogaci turyści i biedni podróżnicy - kim w końcu jesteśmy 

Wyskoczyliśmy z vana tuż przed świtem. Dookoła cisza i spokój, a nami zainteresowały się tylko ogromne psy, które strzegą posesji. Turecka rasa psów jest ogromna, szczeniaki łaknące zabawy spokojnie sięgają mi do pasa i są bardzo zaoferowane. Wielkimi szczękami łapią delikatnie za kostki i rękawy, a danie im trochę zainteresowania skutkuje obudzeniem łobuzów chętnych do zabawy. Idziemy przejść się kawałek dalej, do miejsca gdzie na rzece utworzone są drewniane bramki przez które ryby płynące pod prąd wskakują prosto w pułapkę. Zaglądamy jeszcze na wieżę do obserwacji ptaków. Tak nam się wydaje, chociaż po wejściu na jej drugie piętro przypomina raczej kratki z filmu Rambo 2, pamiętacie tych z wietnamskiej dżungli. Nie wyglądało to zachęcająco, więc szybko wracamy do bazy, gdzie zaczęła się już poranna krzątanina. Podglądamy połów i segregację ryb, ważenie i pakowanie do chłodni. W wolnej chwili idziemy na wspólne śniadanie, które przerywa nam pojawienie się kupca. Ten przyjechał po kilogramy ryb, a w zamian przywiózł biały ser z czarnuszką, który za 100tl kupuje nasz gospodarz. Sami także decydujemy się na jedno opakowanie, które ku naszemu zdumieniu chcą nam sprzedaż za 70tl. Na pytanie dlaczego mniej słyszymy: jesteście podróżnikami i nie macie tyle pieniędzy, dla Was będzie taniej.

Turecka duma finansowa i ser za który prawie nie zapłaciliśmy

W całym rozgardiaszu wychodzimy razem ze wszystkimi, który zabrali się już za pakowanie dostawczaka. W międzyczasie gospodarz szykuje dla nas z dwie siatki pełne specjalnie wybranych ryb. Kiedy dowiaduje się, że mamy zamrażalnik nie słucha głosów, że tyle naprawdę wystarczy i ciągnie nas od skrzyni do skrzyni wyjaśniając jak możemy przygotować każdą z ryb. Obładowani w siatki robimy jeszcze ostatnie wspólne zdjęcia i szukamy człowieka od sera. Nie ma go, odjechał bez tych utargowanych 70tl. Wręczamy, a w zasadzie próbujemy dać 100tl właścicielowi farmy rybnej, 70 za ser dla jego przyjaciela i skromna reszta za ryby. Ten tureckim zwyczajem pełnym godności odmawia kilkukrotnie. Finalnie przyparty do muru zabiera nam z ręki banknot równowartości 50tl (na tamtejszy czas listopada 2021 roku około 20zł). Żegnając się po raz ostatni daje nam jeszcze dwa kulinarne rarytasy - ikrę rybną - bottarga.
PS. z przykrością stwierdzamy, że każdy kto próbował twierdził tak jak my, że to zdecydowanie nie są nasze smaki.


Odjeżdżamy z farmy rybnej i Parku Narodowego Yumurtalik Lagunu. Nie jedziemy daleko, chcemy zatrzymać się na klifach obok miasta Karatas. Po drodze w oczy rzucają się pola bawełny i foliowe obozy zamieszkane przez pracujących tutaj Syryjczyków. Dorośli chodzą po polach, starsi siedzą przed zbitymi z czego się dało i naciągniętymi folią izbami, a po stertach piętrzących się śmieci biegają małe stópki dzieci, które niestety powinny być w szkole. Mogłyby być w szkole, gdyby dane im było żyć "normalnie", Ci tymczasem przybyli tutaj z oddalonej o zaledwie kilkanaście kilometrów Syrii. Konflikty zbrojne są chyba największą okropnością jaką sobie ludzkość wymyśliła.


Czy przed nami kolejne spotkanie z Kasią i Łukaszem?
Owszem, ale jego owocami podzielimy się z Wami dopiero w nowym 2022 roku ❤

To może Ci się spodobać

0 Komentarze

Flickr Images