Großer Donnerkogel - przepiękna austriacka via ferrata w okolicy Salzburga

Z miejsca zapamiętałam tą nazwę, aczkolwiek częściej w wyniku przejęzyczenia powtarzałam donner kebab, niż Donnerkogel. To był pomysł Krzyśk...

Z miejsca zapamiętałam tą nazwę, aczkolwiek częściej w wyniku przejęzyczenia powtarzałam donner kebab, niż Donnerkogel. To był pomysł Krzyśka i jakże trafiony. A musicie wiedzieć, że to jednak głównie ja znajduję, wymyślam i zatwierdzam pomysły na kolejny wypad. Tu naprawdę chylę czoła! Jakimś cudem natrafił od na zdjęcie (ah ten instragram) z alpejskiej via ferraty i to całkiem niedaleko od nas (edit. był to roku 2019, kiedy mieszkaliśmy w niemieckim Landshut). Ja zakochałam się z miejsca i od razu wiedziałam, że szczyt o jakże apetycznej nazwie Donnerkogel będzie nasz.

Standardowo pozostał do dogrania tylko odpowiedni termin. Nosiliśmy się z tym wyjazdem dość długo, bo wiecznie, a to Krzysiek pracował w sobotę, a to ja – weekendy odpadały. Trochę zaczęło nas to uwierać i dlatego, kiedy tylko pojawił się tydzień, gdzie była na to minimalna szansa musiałam zawalczyć o te dwa dni wolnego. Jak co tydzień w czwartek sprawdzam plan na następne dni, po raz kolejny widzę wolną środę i myślę ‘”o nie”. Długo nie trwało (bo wiedziałam o Krzyśka wolnym na początku tygodnia) i zaraz ruszyłam w stronę biura. Rzuciłam kierownikowi kilka zdań, że rozumiem, że dużo pracy, ale gdyby tak.. Nie muszę chyba mówić, że kiedy dzień później stanęłam przed grafikiem przy moim nazwisku figurował wyczekiwany napis ‘Dienstag – frei, Mittwoch - frei’. Bingo! Z miejsca sprzęt wylądował w plecakach, by nie tracić czasu. W poniedziałek w nocy wróciłam do domu i padłam do łóżka, by bladym świtem przenieść się do auta i otulić kocem. Przed nami 200km i prawie 4 godziny jazdy. Wypoczęty Krzysiek prowadził, więc ja spokojnie mogłam odespać późną drugą zmianę.

Grosser Donnerkogel

Austriacki szczyt o wysokości 2054m.n.p.m. leżący w paśmie górskim Dachstein. 70 kilometrów od Salzburgu. Na północnym zachodzie, oddzielony przełęczą znajduje się jego mniejszy brat tj. Kleiner Donnerkogel sięgający 1916 metrów. Na wyższy szczyt można dotrzeć tradycyjnym, dość łatwym i ogólnodostępnym szlakiem górskim. Od 2002 roku istnieje jednak alternatywna droga, która swoją no właśnie, która swoją drogą była dość kontrowersyjna w świecie wspinaczkowym. Etyczna dyskusja oparła się o nazwiska takie jak Paul Preuss, który to jest światowej sławy wspinaczem górskim, propagatorem czystego stylu. Przez zaledwie 10 lat przeszedł 1200 dróg z czego 300 solowo. Ponad to wytyczył on 150 nowych dróg wspinaczkowych, w tym między innymi tę na Donnerkogel. Ostatni odcinek otwartej w 2002 roku via ferraty prowadzi dokładnie drogą Paula Preussa. Nie spodobało się to dużej części świata wspinaczy, którzy nazwali to profanacją drogi wspinaczkowej. Niezależnie od stanowiska wspinaczy, czy piechurów droga jest bardzo popularna i nie ma się co dziwić.  Via ferrata dostarcza nam cudownych widoków, jest wymagająca, a najbardziej widowiskowy punkt, czyli gigantyczna drabina zawieszona między dwoma skałami jest po postu spektakularna. Sądzę, że to właśnie to miejsce przyciąga tutaj wszystkich turystów. Każdy chce poczuć wybuch adrenaliny stając na 40 metrowej drabinie, spojrzeć w przepaść pod sobą i na zniewalające widoki dookoła. Każdy chce mieć to popularne ujęcie, któremu doprawdy niczego nie brakuje. Każdy i my także, a dzięki temu, że sprzęt wspinaczkowy leżał w mieszkaniu w Landshut mieliśmy ku temu ogromną okazję.

Tego jeszcze nam potrzeba – umiejętności i wiedza

Nie jesteśmy Bóg wie jak zaprawionymi wspinaczami. Nie chodzimy regularnie na ścianki wspinaczkowe, a ciepłego lata nie spędzamy od namiotem na naturalnych ścianach. Czy via ferrata była dla nas odpowiednim wyborem? I czy via ferrata może być bezpieczna dla każdego? Osobiście uważam, że tak – dla nas mimo wszystko była odpowiednia, dlatego że trochę pojęcia o tym mamy. Uważam jednak, że brak wiedzy, techniki, obycia ze sprzętem i dobrej kondycji jednak dyskwalifikuje kandydata. Oczywiście, na początek taki delikwent, który chcę wybrać się na via ferratę może znaleźć zorganizowane wyjścia z przewodnikiem czy wybrać się na kurs. Wtedy zdobędzie wiedzę i umiejętności. Dodatkowo zobaczy, czy to w ogóle jest dla niego interesujące. Także jeśli Ty jesteś zainteresowany tego typu aktywnością mocno zachęcam do sięgnięcia po wiedze u profesjonalistów. Dla nas nie była to nowość. Kilkakrotnie braliśmy udział w wypadach na ścianki wspinaczkowe w polskich górach i na wyżynach. Mamy za sobą też wspinaczkę w jaskiniach i inne via ferraty. Często podczas zimowych wyjść w góry również obcujemy ze sprzętem wspinaczkowym.


Czym jest via ferrata

Via ferrata to szlak, który w przeciwieństwie do typowo turystycznego szlaku poprowadzony jest w skałach i wyposażony jest w żelazne ułatwienia. Jeśli na szlaku turystycznym spotkamy się z co najwyżej łańcuchami do pomocy na nieco trudniejszym odcinku, to na via ferracie stalowe liny są chlebem powszednim. Nie są one po to, aby trzymać je w dłoniach jak łańcuchy w Tatrach, a po to, by wpinać się w nie lonżą w celu asekuracyjnym. Dodatkowo stalowe bloczki, schodki czy drabinki pomagają pokonywanie szlaku. M.in. to odróżnia taką drogę od drogi trekkingowej i wspinaczkowej.


Same via ferraty, tak jak drogi wspinaczkowe mają swoją skalę trudności. Oznacza się ją literami od A do F, gdzie A jest drogą bardzo łatwą, F drogą bardzo trudną. Na Tatrzańskiej Orlej Perci miejscami mamy do czynienia z drogą na poziomie B. Dla osób początkujących drogi wycenione jako C, mogą sprawiać trudności. Poniżej przedstawiam profil via ferraty na Donerkoleg. Jak widać, spora część drogi oceniona jest na poziomie A, B i C. Są też miejsca z trudnością na poziomie D. Cała trasa opisana jest jako nieodpowiednia dla początkujących i ja w 100% się pod tym podpisuję! Droga była świetna, ale były trudne technicznie miejsca, które wymagały siły, maksimum koncentracji i pewności siebie.


Bez sprzętu tam się nie wybieraj!

W kwestii sprzętu, to obowiązkowo każdy musi być wyposażony w kask wspinaczkowy. Nawet na łatwej drodze nie trudno o spadający kamień, który jest bardzo niebezpieczny. Dodam jeszcze, że nawet z pozoru niewielki kamyk spadający z dużej wysokości nabiera niemałej prędkością i kiedy trafi nas w głowę, może nabić guza czy rozciąć skórę. Nawet tak z pozoru niewielkie zdarzenie może mieć wpływ na dalszą chęć podążania szlakiem. Drugi element wyposażenia obowiązkowego to uprząż wspinaczkowa, z odpowiednim atestem, do tego dopasowana do nas rozmiarem. Kilku godzinne poruszanie się w niej ma być przyjemnością, a nie drogą przez mękę. Kolejny punkt na liście to lonża, czyli zestaw odpowiednich lin i karabinków. Wyobraźcie sobie literę Y, gdzie jedną część mocujemy do uprzęży, a dwa ramiona wpinamy odpowiednio do przygotowanych na trasie stalowych lin. Pozwala nam to pozostać bezpiecznymi na via ferracie. Tutaj wystawiamy się na publiczny lincz. My takich prawilnych lonż z atestem nie mieliśmy. Zastosowaliśmy inne rozwiązania czyli odpowiedni zestaw lin, węzłów i karabinków. W naszym odczuciu byliśmy odpowiednio zabezpieczeni, jednak nie polecamy podążania naszą drogą. Każdy ma swój rozum. Dziękuję. Co do pozostałego sprzętu, to nie potrzebowaliśmy specjalnie nic więcej. To był wypad w letni dzień, więc po prostu sportowe ubranie, wygodne buty, ewentualnie rękawiczki, niewielki plecak, picie i jedzonko.

Początek szlaku, schronisko i o jeden znak za daleko

Plan był dość prosty. Postanowiliśmy dojechać w okolicę szczytu i w dzień pierwszy przejść wspomnianą via ferratą, dotrzeć na szczyt i zejść na parking. Po nocy w namiocie chcieliśmy drugiego dnia wyskoczyć na inną górę w okolicy, by niedługo po południu wracać do Landshut. Więc działamy. 

Auto zaparkowaliśmy na jednym z kilku parkingów u podnóża jeziora Vorderer Gosausee. Stąd na wysokości 1843m.n.p.m. można dostać się kolejką górską Gosaukammbahn. My chcemy jednak zaoszczędzić te kilkanaście euro, więc dziarsko ruszamy pieszo. Spomiędzy drzew sięgają nas już promienie słońca, mamy świetny widok na jezioro, mijamy końcówkę kolejki i powoli docieramy do schroniska Gablonzerhutte. Tutaj robimy półgodzinną przerwę na śniadanie i herbatę, przy okazji wygrzewając się na tarasie z uroczym widokiem. Mamy swój posiłek, na szczęście kelnerzy nie zwracają nam uwagi. Ostatecznie uważamy, że to schronisko górskie, a nie żadna restauracja. 


Po odpoczynku ruszamy szlakiem w górę, kierując się na Grosse Donnerkoleg. Teoretycznie dojście do początku via ferraty jest bardzo proste. Dochodzimy do metalowej obrotowej bramki i mijamy ją, jak gdyby nigdy nic  dreptamy dalej. Kiedy już tak maszerujemy dobrą godzinę dochodzimy do wniosku, że coś jest nie tak. Przecież po około 25 minutach od schroniska powinniśmy już wchodzić na via ferratę. Sprawdzamy internet i oczywiście. Obrotowa barierka, którą przeszliśmy ponad pół godziny temu była punktem w którym powinniśmy odbić w lewo na via ferratę. Lekko poirytowani orientujemy się, że straciliśmy mnóstwo czasu idąc tradycyjnym szlakiem na szczyt. Zawracamy do barierki i dopiero teraz dostrzegamy znak „zum via ferrata”. Skręcamy i po kilkunastu metrach stajemy przed ścianą, widać klamry, jesteśmy na początku drogi. Zanim ubierzemy uprzęże i przygotujemy się do wyjścia na ten odcinek jesteśmy już prawie 1,5 godziny w plecy. Nie zniechęcamy się i stawiamy pierwsze kroki. Przed nami trasa podzielona na 4 etapy – zaczynamy.

Dzień pierwszy - etap pierwszy

Początkowo idzie łatwo, ładny kant, trawers. Widoki zachwycają, a my w końcu jesteśmy tam gdzie zmierzaliśmy. Powoli przemieszczamy się do przodu, wpinamy lonże, robimy zdjęcia. Stosunkowo szybko dochodzimy do jednego z trudniejszych odcinków trasy, oceniony na C/D w skali trudności. Radzimy sobie nieźle, a sama trasa jest dobrze przygotowana. Lina, dodatkowe klamry i wystające ze ściany szpilki ułatwiają poruszanie się szlakiem. Przechodzimy nad szczeliną i dochodzimy do dwóch pionowych drabinek jedna po drogiej. Na krótkim odcinku napotykamy na dwa awaryjne zejścia, pierwsze przed drabinkami, drugie niewielki odcinek za nimi. W miejscu tego drugie wyjścia kończy się pierwszy etap via ferraty.

Dzień pierwszy - etap drugi

Szlak prowadzi nas teraz zboczami góry Kleiner Donnerkogel. Początek drugiego odcinka jest łatwy, a później jeszcze łatwiejszy. Droga oznaczona jako A, to w zasadzie ścieżka turystyczna. Mijając górę powoli ukazuje nam się ponownie widok na jezioro. W tym momencie zaczynamy się już mocno martwić o czas. Niby jest lato, ale powoli zaczyna się zmierzchać, a my jesteśmy dopiero w połowie drogi na szczyt! Zaczynam wpadać w panikę, że nie uda nam się dojść na górę za dnia, nie mówiąc już o zejściu na parking za widoku. Sama nie wiem kiedy ten czas tak zleciał, tym bardziej że poruszaliśmy się w całkiem niezłym tempie. Całe szczęście powoli docieramy do wyczekiwanego przez nas etapu, czyli metalowej, 40 metrowej drabiny nas przełęczą Donnerkogelscharte.



Dzień pierwszy – etap trzeci

To zdecydowanie moment kulminacyjny każdej wycieczki. Po dojściu do niej, w pierwszej chwili mijamy ją, aby dostać się na siodło, z którego będzie najlepszy widok. Zjadamy szybko po jednej kanapce i już nie możemy doczekać się wejścia na drabinę. Oczywiście, aby zrobić sobie nawzajem zdjęcia, każde z nas musi na nią wejść i zejść. Dopiero po uwiecznieniu każdego z nas na tym tradycyjnym zdjęciu planowaliśmy przejść ją w całości i ruszyć dalej. Jako pierwszy rusza Krzysiek, ale ja już czuję, że zaraz stanie się to czego zaczęłam obawiać się już prędzej. Kiedy Krzysiek dochodzi do połowy drabiny wykonuję mu całą sesję prawie nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dookoła. Oczywiście muszę zmieniać ustawienia aparatu, więc nie mogę nie zauważyć, że robi się coraz ciemniej. Krzysiek wraca i oddaje mu aparat, a sama ruszam na przełęcz. Staję na drabinie i spełniam swoje marzenie. Dochodzę do połowy, patrzę w dół, na boki i centralnie trzymając napiętych lin drabiny zaczynają mi płynąć łzy. Nie ze strachu, nie z radości, a z pi… smutku! Bo właśnie w tej chwili zapada noc, po prostu do jasnej cholery słońce znika i robi się na tyle ciemno, że widzę głównie oświetlone miasteczko w dolinie. Jestem wkurzona, wściekła! Stoję w miejscu, które było moim marzeniem i nic nie widzę! Nie wierzę, że spełniam marzenie i jestem z czarnej d.., świetnie. Wracam na siodło do Krzyśka.

Dzień pierwszy - via ferrata – my 1:0

Nawet nie wiemy jak skomentować ten wypadek przy planowaniu. Szybko obmyślamy co dalej. Wiemy, że nie ma najmniejszego sensu iść dalej. Wiemy, że gdzieś tutaj jest trzecie awaryjne zejście więc gorączkowo go szukamy. Zaplątujemy się w gąszcz choinek, z którego ledwo udaje nam się wyjść i w końcu odnajdujemy drogę w dół. Po kilkuset metrach Krzysiek orientuje się, że zgubił telefon – wracamy. I chwała Bogu, bo w tych choinkach jak się okazało zgubił nie tylko telefon, ale też sportową kamerkę! Teraz ruszamy już w dół na dobre. Po drodze dyskutujemy, bo żadne z nas nie może pogodzić się z tym jak nam poszło, a w zasadzie nie poszło. Dochodzimy do tradycyjnego szlaku łączącego schronisko ze szczytem i schodzimy w dół. Po drodze raz jeszcze siadamy na kolację, już jest nam wszystko jedno. Mijamy schronisko, końcówkę stacji, jezioro. Naprawdę późno docieramy do samochodu, przejeżdżamy na niższy parking i rozbijamy namiot. Grzejemy się przy ciepłej herbacie ugotowanej na palniku, siedzimy na karimatach i kontemplujemy. W końcu mówimy to na głos, nie dajemy na to przyzwolenia, nie po to tu przyjechaliśmy aby odpuścić! Sprawdzamy tę parszywą prognozę pogody, bo wiemy że ma padać następnego dnia. I faktycznie ma, ale o 15:00. Szybko obliczamy, o której musimy wstać, wyruszyć. Wszystko, by o 15:00 schodzić z góry. Na powrocie może już lać, mamy to w nosie. Podekscytowani idziemy spać. Jutro czeka nas powtórka z rozrywki.

Początek szlaku, schronisko i prosto pod ścianę

Budzimy się przed świtem, wstajemy i smażymy naleśniki, grzejemy herbatę. Wychodzi słońce i świat powoli budzi się do życia. Przygotowujemy ekwipunek i zwijamy obozowisko. Rzeczy niepotrzebne lokujemy w bagażniku, a niezbędne wyposażenie pakujemy do plecaków, po czym ze śniadaniem w dłoni przejeżdżamy znów na górny parking. Po raz drugi zostawiamy samochód i ruszmy. Po raz drugi mijamy zamkniętą jeszcze o tej porze dolną stację kolejki górskiej. Dziś po dotarciu do schroniska nie zatrzymujemy się, szybko zostawiamy je za sobą i docieramy do obrotowej bramki, znów na lewo i znów – początek via ferraty.

Dzień drugi – etap pierwszy, etap drugi

Zakładamy cały sprzęt i dziś już bez zbędnych komplikacji robimy pierwsze wpięcie. Przemieszczamy się bardzo sprawnie. Nie robimy zbyt wielu zdjęć – w końcu wczoraj napstykaliśmy ich na tym odcinku już sporo. Wczoraj towarzyszyło nam słońce i przyjemne ciepło, dziś chmury spowijają okoliczne szczyty i jest zdecydowanie chłodniej. Od razu widać, że deszcz wisi w powietrzu i jest to tylko kwestia czasu. Nie myślę o wszechobecnej mgle i nie myślę, czy po dotarciu do punktu docelowego moim oczom ukaże się wszechobecne mleko i tyle z widoków. Idziemy i koniec. Ten odcinek szlaku poznaliśmy już wczoraj dlatego pewnie zmierzamy ku górze. Obchodzimy Kleiner Donnerkogel i docieramy do siodła.

Dzień drugi – etap trzeci

Na siodle w końcu odpoczywamy. Rozkładamy się z naszym dobytkiem, szykujemy aparat i zakładamy cieplejszą kurtkę, by nie wymarznąć po intensywnym wysiłku. Czas na ciepłe napoje i drugie śniadanie. Odpoczywając napełniamy brzuchy i przyglądamy się tym co przed nami. A widok mamy, dość mglisty. Można mieć wrażenie, że nie pozostaje nam nic innego jak palnąć sobie w głowę. Z siodła ledwo widać drabinkę, ale o tyle dobrze że widać chociaż cokolwiek. Po raz drugi Krzysiek wchodzi pierwszy, później ja. Poprawiamy wczorajsze zdjęcia. Dziś dla odmiany sceneria jest inna. Wczoraj był człowiek w czerni, dziś człowiek w bieli. Zbieramy się dalej, mamy dobry czas więc przechodzimy drabinkę po raz ostatni, wchodzimy na ścianę na jej drugim końcu i już mamy iść dalej, ale w tym momencie natura znów nas zaskakuje. Spomiędzy chmur przebijają się promienie słońca, które łapiemy z nadzieją na lekkie ogrzanie zmarzniętych dłoni. Świat się przed nami otwiera, mgła rozpierzcha się, a my w końcu mamy efekt wooow! Widać wszystko jak na dłoni, cudowna panorama, ekspozycja, grań, miasteczko w dole, przepaść pod nami. Nie możemy tego przegapić i czym prędzej schodzimy raz jeszcze na siodło. Teraz już na spokojnie oglądamy to po co tu przyjechaliśmy i to w całej, przepięknej okazałości.

Dzień drugi – etap czwarty

W końcu po tym fantastycznym spektaklu docieramy do czwartego etapy via ferraty, który wita nas trudnym przejściem wycenionym na C/D. Nieco się gimnastykujemy ale w końcu wchodzimy na grań, którą docieramy już właściwie do samego szczytu. Turaj szlak przeplata się trudnościami ocenionymi na B oraz C. Pogoda na tej wysokości dopisuje. Chmury na moment zostały pod nami, a my w luźniejszych ubraniach przemierzamy ferratę. Widzimy jak obłoki przepływają miedzy szczytami, zatrzymują się na ścianach i kłębią w dolinach. Docieramy na 2054m.n.p.m. na szczyt Grosse Donnerkogel, na którym standardowo znajduje się krzyż i skrzynka z notesem. Znów doganiają nas chmury, co zmusza do szybkiego ubrania się w puchowe kurtki. Robi się już bardzo zimno, powoli dochodzi 15:00 dlatego robimy tylko kilka fotografii, zjadamy posiłek i zbieramy się w dół tradycyjnym szlakiem trekkingowym. Nie trzeba długo czekać, a spadają pierwsze krople deszczu na co jesteśmy przygotowani. Cała droga w dół to już marsz bez zatrzymywania się, bo i po co – w tej towarzyszącej nam ulewie to już wątpliwa przyjemność. Na parking dochodzimy mokrzy jak kury, na szczęście stoi tam wiata, pod której dachem możemy wygodnie przebrać się w suche ciuchy.

Dzień drugi  i w końcu My vs. Via Ferrata – 1:0

Jesteśmy uparci nie ma co. Dwa dni i dwa trekkingi tym samym szlakiem. 1120 metrów w górę, 1120 metrów w dół i to prawie wszystko – dwukrotnie. Wiedzieliśmy, że czeka nas kilka godzin w deszczu na co zgodziliśmy się dobrowolnie. Godzina 21:00, a my powoli wracamy do domu. Ogrzani w samochodzie, zadowoleni z efektu – Boże jesteśmy szczęśliwi jak nigdy – to była bardzo dobra decyzja!


Na koniec porzucam jeszcze mapę i oznaczenie tradycyjnego szlaku znad Jeziora na szczyt Grosser Donnerkogel z profilem wysokości. My tą trasą wracaliśmy drugiego dnia ze szczytu. Idąc na górę skręciliśmy na szlak oznaczony przerywaną linią idący przez Kleiner Donnerkogel, którędy prowadzi opisana via ferrata.


Jak Wam się podoba taki szlak?
Maja R. 

To może Ci się spodobać

0 Komentarze

Flickr Images