Wąwóz Dades, Wąwóz Todra i droga między nimi - ta której nie było

Nie wiem, czy kiedyś byłam na drodze, która jeszcze mniej zasługiwałaby na miano drogi. Teoretycznie była na mapie, a nawet na dwóch, teoret...

Nie wiem, czy kiedyś byłam na drodze, która jeszcze mniej zasługiwałaby na miano drogi. Teoretycznie była na mapie, a nawet na dwóch, teoretycznie  jechał z nami na stopa lokalny mieszkaniec okolicznych gór, teoretycznie lepiej byłoby autem 4x4, ale tym też miało się dać. Nie dało się, jednak nie było nam pisane przedrzeć się przez te dziewicze marokański tereny łączące dwa przepiękne wąwozy. Dades i Todra, wszystkim znane i rzadko kiedy omijane. Dziś o przygodzie w wąwozach i drodze, której nie było.

Kiedy wybrać się do Wąwozu Dades i Todra

Najlepszą okazją na odwiedziny tych przecudownych marokańskich wąwozów jest zahaczenie o nie podczas wyprawy na pustynię. Wąwozy leżą bowiem na wschód od Marrakeszu oddalone o około 350 kilometrów i mogą być świetnym przystaniem na trasie do Merzougi. My napustynię Erg Chebbi dojechaliśmy z Fezu jadąc ponad 450 kilometrową drogą. Ponocy spędzonej na piaskach Erg Chebbi ruszyliśmy w stronę Marrakeszu.

Tinghir i Wąwóz Todra, Boumalne Dades i Wąwóz Dades

Miasto Tinghir leży prawie 200 km od Merzougi. Dojazd zajmuje nam blisko 3 godziny, więc średnia prędkość na tej trasie nie jest powalająca, ale to nam nie przeszkadza, w końcu marokańskie krajobrazy zachwycają mnie z każdym kilometrem. Naszym celem są dwa wąwozy: Dades i Todra. Chcąc opisać ich położenie można to przyrównać do trójkąta prawie równoramiennego. U jego podstawy znajdziemy dwa główne miasta – na zachodzie Boumalne Dades i – na wschodzie Tinghir. Pomiędzy nimi ciągnie się 50 kilometrowa droga. Wąwozy zaś są ramionami naszego trójkąta, gdzie – ramię zachodnie to 130 kilometrowa trasa w Wąwozie Dades – a ramię wschodnie to ponad 80 kilometrowa droga w Wąwozie Todra. Wierzchołkiem naszego trójkąta jest miasteczko Agoudal, które chcieliśmy ominąć.

 

Skrót łączący wąwozy, czyli nasz super plan

Chcieliśmy nieco oszukać przeznaczenie i postanowiliśmy, że zamiast jechać ponad 80 km z Tinghir aż do Agoudal i zjeżdżać 130 km do Boumalne Dades, co łącznie dałoby nam ponad 210 km i zajęłoby ponad 5 i pół godziny to drogę tę sobie skrócimy, a jak! Na mapach google i na maps.me wypatrzyliśmy cieniutką jak niteczka drogę łączące wąwozy. Pozwoliłoby nam to odbić w lewo tuż za miasteczkiem Tamtetoucht i wyjechać tuż przed Msemrir. Co prawda nie przejechalibyśmy tym sposobem całych wąwozów, ale zobaczylibyśmy je w tych najbardziej spektakularnych miejscach. Cóż za wspaniały plan. Wspaniały. Ale najpierw, zanim opowiem o finale tej historii powiedzmy sobie o samych wąwozach.

Wąwóz Todra

Nie można zaprzeczyć, ze Wąwóz Todra jest jednym z najpopularniejszych tego typu miejsc w Maroku. Ciągnie się od wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, a miejscami pionowe, czerwone skały sięgają aż 300 metrów ku górze. To raj, raj dla wspinaczy i to na każdym poziomie zaawansowania, bo znajdziemy tutaj ogromną ilość tras wspinaczkowych. Nie trzeba jechać bardzo daleko od miasta Tinghir, bo tak naprawdę już na jego pierwszych 10-20 kilometrach zobaczymy te przepiękne skały, sklepy z pamiątkami, wspinaczy na ścianach i chyba najpopularniejszy punkt w Wąwozie Todra, gdzie droga biegnie wzdłuż koryta rzeki, a ściany są najczerwieńsze ze wysokich czerwonych ścian. Jaki był plus przyjechania tutaj z końcem marca? Brak tłumów, które zazwyczaj dowozi tu wycieczkowy autokar.

Wąwóz Dades

Drugi wąwóz leży odrobinę na zachód od pierwszego na naszej trasie i ciągnie się wzdłuż rzeki Dades. Totalnie najpopularniejszym jego punktem jest serpentynowa droga. Miastem wypadowym w Wąwóz Dades jest miasto leżące u jego podnóża, tj. Boumalne Dades. Główna atrakcja wąwozu nie leży daleko od miasta, bo wystarczy przejechać niecałe 30 kilometrów i już spoglądamy z góry na drogę pełną zakrętów i stromo opadającą w dół wąwozu. W wąwozie warto również wybrać się na lekki trekking i zostawić na moment samochód na przydrożnym parkingu, np. tym w okolicy skalnych formacji znanych jako Monkey Fingers.

Jak byśmy zrobili to dzisiaj?

Przemyślałabym dwie opcje w zależności od posiadanego czasu. Opcja na szybko byłaby (w zależności od kierunku jazdy tak lub odwrotnie): w pierwszej kolejności dojazd do Tinghir z Merzougi i odbicie w górę Wąwozem Todra aż do miasteczka Tamtetoucht, tam nawrotka i powrót tą samą trasą. Z Tingher do Boumalne Dades przejazd głównym, 50 kilometrowym odcinkiem. Ponowne odbicie w górę, tym razem do Wąwozu Dades, aż do drogi z serpentynami. Powrót tą samą drogą do Boumalne Dades  i jazda do Marakeszu. Opcja na dłużej byłaby taka sama, z dodatkiem dłuższego trekkingu w jednymi i w drugim wąwozie. Ewentualnie mając mniej ograniczony czas przejazd całej drogi: Boumalne Dades > Agoudal > Tinghir.

 

Jak zrobiliśmy to wtedy?

Jak wspomniałam wcześniej chcieliśmy sobie skrócić trasę między wąwozami. Jadąc spokojnie Wąwozem Todra dotarliśmy do Tamtetoucht, gdzie skręciliśmy w polną drogę, która po blisko 40 kilometrach miała nas wyprowadzić na drugą stronę gór. Nie ujechaliśmy za daleko, a jeden z mieszkańców wybiegł nam naprzeciw ze swej małej chatki. Ubrany w tradycyjny w tych rejonach strój zwany dżelabą, sięgający do samej ziemi, z opadającym na plecy szpiczastym kapturem. Zatrzymał nas i z uprzejmym uśmiechem łamaną angielszczyzną zapytał dokąd jedziemy i czy mógłby się z nami zabrać do miasta.

 

Z Marokańczykiem na autostopie

Oczywiście spakowaliśmy go na tylne fotele i zaczęliśmy wspólną przygodę. Po drodze próbowaliśmy się dowiedzieć o jego życiu i Marokańskich realiach. Podobno raz w miesiącu wybiera się do miasta na zakupy. Dojazd z gór do miasteczka zajmuje mu cały dzień, dlatego wraca najczęściej dopiero kolejnego dnia. Już na początku trasy mieliśmy pewne kłopoty, bo nasze wynajęte auto ślizgało się po kamieniach i sypało żwir spod kół, czasami wychodziliśmy z samochodu i pchając pomagamy Krzyśkowi podjechać pod górę na stromych podjazdach pełnych zawijasów.

 

Złota godzina w wąwozach

Droga nie należała do najwygodniejszych, ale była przepiękna. Nomadzi gnali swoje stada owiec i kóz, a słońce kierowało się powoli ku horyzontowi i oświetlało ziemię pod takim kątem, że wszystko ukazywało nam się w ciepłych odcieniach. Droga z każdym pokonywanym przez nas kilometrem  wyglądała jednak coraz gorzej. Z czasem zmuszeni byliśmy wysiadać, aby odciążyć samochód i usunąć wielkie kamienie z jego drogi. Kilka razy spytaliśmy naszego lokalsa, czy tędy da się przejechać. Odpowiadał dyplomatycznie, że miesiąc temu jechał.

 

Lokalni mieszkańcy pośrodku niczego

No to jak jechał, to jechaliśmy i my. Po drodze kilkukrotnie dobiegały do nas dzieci wyciągając ręce po podarunki i pieniądze. Nasz towarzysz kazał nam jechać bez zatrzymywania, aż do chwili kiedy jedna dziewczynka złapała za klamkę samochodu i otworzyła moje drzwi podczas jazdy. Był to moment kiedy – jednak – mocno się wystraszyłam. Wtedy po raz pierwszy kazał nam się zatrzymać. Pospiesznie wysiadł z samochodu i przegonił dzieci, które co sił w nogach wracały do swoich chatek ukrytych w skałach wąwozu. Po przejechaniu kilkunastu metrów zarządził kolejny postój – tym razem wysiadł by zamienić kilka zdań z dorosłymi prowadzącymi owce. Nie ulega wątpliwości, że zwracał im uwagę na zachowanie dzieci, był bardzo zmieszany i jeszcze kilka razy nas przepraszał. Nie gniewaliśmy się, byliśmy raczej zmartwieni sytuacją tych rodzin. On jednak jasno wyjaśnił granice opowiadając, że nie można przyzwyczajać dzieci do rozdawnictwa i utwierdzania ich w przekonaniu, że zachodni turysta jest bogaty i przywozi im cukierki czy pieniądze.

 

Coraz większe wątpliwości,, strach i euforia

Droga, którą jechaliśmy skręciła w koryto wyschniętej rzeki i jego dnem ciągła się dalej. Po raz setny już słyszałam trące o zawieszenie kamienie i miałam wizję odpadającego tłumika. Co rusz wjeżdżaliśmy do koryta i z niego wyjeżdżaliśmy, najczęściej na trzech kołach. 😂 Nie ukrywam, że ja byłam przerażona, a chłopacy mieli niezły ubaw. Najgorsze, że zaczynało się ściemniać, a nasz przewodnik nie był już tak pewny trasy. Napomniał, że chyba przez ten miesiąc spadły mocne deszcze i musiały trochę zmienić koryto rzeki, bo droga to wygląda inaczej niż wtedy.

Citroen C1 i terenówka 4x4

Ten skrót ma 40 kilometrów i sama w to nie wierzę, ale na 30 kilometrze zawróciliśmy! Ostatecznym argumentem był samochód jadący jako jedyny z naprzeciwka. Nie dało się ukryć, że było to dobre auto terenowe z napędem na cztery koła. Kiedy kierowca zobaczył naszego małego Citroena był w ogromnym szoku i apelował abyśmy zawrócili. Ostatecznie wspólnie zgadzamy się, że chyba dalsza walka nie ma sensu i wracamy we czwórkę tą samą, fatalną trasą. Jest już bardzo ciemno, kiedy zatrzymujemy się przed chatką naszego autostopowicza. Przepraszamy go, że nie udało nam się zawieść go do sklepu, ale on zdaje się oddychać z ulgą, że w całości wrócił do domu.

To kolejny raz, kiedy przekonaliśmy się, że nawigacja w moich rękach nie jest dobrym pomysłem. Droga nie była dobra i nie doprowadziła nas do celu, ale mimo to do dziś jest chyba najżywszym wspomnieniem z Marokańskiej wyprawy. Ostatecznie po powrocie do miasteczka Tamtetoucht wróciliśmy do Tinghir i główną drogą dotarliśmy do Boumalne Dades, po czym skręciliśmy w górę w stronę Wąwozu Dades. Znaleźliśmy tam otwarty jeszcze o tej porze hotelik i utargowaliśmy późną kolację. Tego dnia odwiedziliśmy Wąwóz Todra, a dopiero kolejnego mieliśmy obejrzeć Wąwóz Dades. To ostatnie chwile spędzone w tym rejonie. W planie czekało nas jeszcze zwiedzanie filmowego miasta Ajt Ben Haddu i przejechanie najwyżej położoną przełęczą Tizi n’Tichka.

To nie było zaplanowane, to nie miało być atrakcją, punktem TOP na naszym wyjeździe,

a jednak nadal to wspomnienie żyje w nas najmocniej i czasami tak właśnie w życiu bywa,

że z pozoru nieistotne momenty robią w nim robotę. I z tym Was zostawiam

Maja R.

To może Ci się spodobać

0 Komentarze

Flickr Images