Biegowa podróż na Ślęże - o czym się myśli przez trzy godziny biegu i trochę mojej motywacji

Zrobiłam to! Po raz kolejny stanęłam na linii startu biegu górskiego, a dokładnie Zimowego Maratonu Ślężańskiego. Od razu wyjaśnię, bo nazwa...

Zrobiłam to!

Po raz kolejny stanęłam na linii startu biegu górskiego, a dokładnie Zimowego Maratonu Ślężańskiego. Od razu wyjaśnię, bo nazwa jest dwojako myląca. Po pierwsze słowo Maraton odnosi się raczej do imprezy biegowej, jednak startują na niej dwa dystanse: 43 kilometrowego maratonu i 24 kilometrowego półmaratonu i ja ukończyłam bieg na krótszym dystansie. Po drugie, trochę śmieszki, ale w lutym 2021 roku przez restrykcje wprowadzone przez polski rząd nie do końca był to Zimowy Maraton Ślężański, a jak mówi regulamin Zimowe Budowanie Odporności. Także w sobotę, 6 lutego 2021 wzięłam udział w Zimowym Maratonie, który był półmaratonem, albo w zasadzie powinien nim być, gdyby nie był Zimowym Budowaniem Odporności.

Jednak nie ma to zbytniego znaczenia jak impreza się nazywała, a to czym ona była dla mnie. Chcę Wam powiedzieć, bo być może nie każdy wie, ale kilka lat temu wkręciłam się w bieganie i oprócz codziennych treningów zapragnęłam także sprawdzić się na trasie. Zaczęłam biegać w 2016 roku i najpierw były to biegi uliczne w granicach 5-10km. Dość szybko przeskoczyłam na półmaraton, a kilka miesięcy później wpadły dwa maratony. Kolejno zakochałam się w biegach z przeszkodami, które dzięki temu, że często rozgrywane były w górach zapaliły we mnie chęć biegania górskiego. Odkąd wyprowadziłam się do Niemiec nie jeździłam na zawody, a biegałam i ćwiczyłam tylko dla własnego zdrowia, dobrego samopoczucia … i dla sylwetki. Pod koniec 2019 roku zapisałam siebie i Krzyśka na bieg w pierwszy weekend stycznia 2020, który miał być połączony z naszym urlopem w Polsce. Dzięki temu wystartowaliśmy na Zimowej Etapowej Triadzie na łącznym dystansie 60km. Od tamtego czasu cisza, aż do teraz – po przerwie trwającej rok i miesiąc znów pobiegłam górski, zimowy bieg!

Gotowi, do startu.. Taaa

Nie opowiem Wam o moim przygotowaniu, bo go nie było. I nie chodzi tutaj o machanie ręką i tłumaczenie się jak to czasami biegacze mają w zwyczaju (wszyscy bez wyjątku, łącznie ze mną w okresie, kiedy biegałam naprawdę). Nie każdy z Was biega, więc też nie każdy wie ale rozmowy w kolejce przed biegiem do toi toi często kręcą się dookoła tłumaczeń dlaczego dany biegacz nie ma szans na dobry wynik. A co mówi biegacz przed startem? „Ojoj dziś to nie zaszaleję, bo:

• stary miałem kontuzję i dopiero wracam do formy,

 tak sobie przyjechałem, treningowo,

• szef żyć nie dawał, a w domu trzy światy – nie było czasu nawet butów założyć, a co dopiero zrobić trening.”

Także ja nie miałam kontuzji, nie był to bieg treningowy, a czas na przygotowanie do biegu był, ale ja decydowałam o innym jego spożytkowaniu. Mimo to na bieg pojechałam z wiedzą, że świata tam nie zawojuję. Więc po co tam w ogóle pojechałam? Już tłumaczę.

Motywacja do biegu i wspomnienia z dawnych lat

Zapisałam się na bieg, bo myślałam, że tym poniekąd wymuszę na sobie wyjście na trening – może nie brzmi to najlepiej, ale tak w rzeczywistości było – chciałam do biegania wrócić, a motywacji nie było. Zapisałam się na Maraton Ślężański i wybrałam krótszy dystans, bo wiedziałam, że w miesiąc nie ma żadnej opcji na przygotowanie się na coś dłuższego. Wybrałam te konkretne zawody, bo ich cena 120zł była naprawdę przystępna. Tym bardziej, że od ponad połowy roku 2020 i  na początku 2021 biegi nie są w zasadzie organizowane. Jedyny kalendarz biegowy to kalendarz biegów górskich, który i tak jest dość ubogi w zawody. Inną sprawą oprócz zmotywowania się do treningów była ogromna chęć poczucia ponownie tych emocji. Kochani, nawet jeśli bieganie Was nie przekonuje to wiedzcie, że nie ma drugiego takiego miejsca jak linia wspólnego startu, trasa męczącego biegu i szczęśliwa linia mety! Te emocje nie są do opisania, a na ich potwierdzenie dodam, że kilkukrotnie autentycznie płakałam na mecie – ze szczęścia i dumy.

Zimowe Budowanie Odporności przez 21 kilometrów

Wracamy pod Ślężę. Ten podwrocławski Masyw jest w naszej okolicy bardzo znany, bo dojazd do niego zajmuje niewiele ponad godzinę. Mimo to moja znajomość okolicznych szlaków jest słaba, byłam tam tylko dwa razy, z czego raz wchodziłam w zasadzie po zmroku, a kolejnego dnia zjeżdżałam w dół rowerem. Postaram się Wam jednak przybliżyć trasę biegu i sami zobaczycie na ile Maraton Ślężański jest biegiem górskim. Linia startu znajdowała się tuż obok Domu Turysty pod Wieżycą skąd ruszaliśmy na długi, bo około 10 kilometrowy, ale za to lekki podbieg. Najpierw szlakiem czarnym, by w okolicy Rozdroża Holteia skręcić i kontynuować bieg wzdłuż granicy rezerwatu, przeciąć kilka skrzyżowań ze szlakami turystycznymi różnych kolorów i dotrzeć w okolice najwyższej góry. Tutaj czekał nas podbieg przez Skalną Perć i Zbójnickie Skały. Po wspięciu się na 718 metrową Ślężę już dwie sprawy były pewne: pierwsze 10km było za nami i już wyżej biec nikt nie będzie. Kolejnym naszym celem było utrzymanie tępa i uważny zbieg najpierw prosto żółtym szlakiem aż do Polany z Dębami. Wedle instrukcji wolontariusza stojącego na punkcie zbiegliśmy ze szlaku w lewo, by po dwóch kilometrach wbiec na szlak czarny i kierować się na drogę prowadzącą do Przełęczy Tąpadła. Na 14 kilometrze organizatorzy przewidzieli punkt żywieniowy pełen ciepłego picia, wody, słodkości, owoców i czego dusza pragnie. Jak już każdy złapał oddech ruszył dalej na ostatnie 10 kilometrów bezpośrednio czarnym szlakiem. Ten odcinek to trasa w dół, ale o bardzo małym kącie nachylenia, bo na tym dziesięciokilometrowym odcinku mamy zaledwie 100 metrowy zbieg. Całkowity dystans wynosił dokładnie 24,09km z różnicą wysokości wynoszącą 890 metrów. Poniżej wrzucam Wam mapę trasy i jej profil, z czego zdjęcie pierwsze to wyżej opisana trasa półmaratonu. Maratończyków czekała jeszcze jedna góra i możecie się temu przyjrzeć na drugim zdjęciu. Są to mapy przygotowane przez organizatorów i dostępne na stronie http://www.kbsobotka.pl/.

Zawody w czasach pandemii

Z racji pandemii nie było standardowego wspólnego startu, chociaż duch zawodów nas nie opuszczał. Komentator stał z mikrofonem i wyczytywał numery startowe, by każdy biegacz miał swoje 5 sekund na starcie. Oczywiście mata od pomiaru czasu była za linią startu, więc chip idealnie złapał moment naszego biegu. Bieg był dla mnie ciężki, czego się spodziewałam i strasznie się dłużył, czego się nie spodziewałam. Kiedy byłam na 5 kilometrze byłam przekonana, że to 8. Za to na punkcie na kilometrze czternastym myślałam, że w nogach mam już ich ze dwadzieścia. Zbieg w moim wykonaniu był raczej marszo-truchtem i wcale nie przypominał moich wyczynów sprzed dwóch lat czy nawet roku. Czy było mi trochę przykro? Owszem, chociaż uświadomiłam sobie bardzo wyraźnie – albo inaczej. Zawsze to wiedziałam, ale te zawody mi to przypomniały.

Każdy biegnie na 100%

I nie ważne czy wykręca rekord trasy, czy może zamyka stawkę – to nie ma żadnego znaczenia! Przez moment pomyślałam sobie „Maja, mogłaś do cholery się lepiej przygotować i byłoby Ci lżej” a no nie. Gdybym przygotowała się lepiej pewnie miałabym lepszy czas niż 2h 56min 26sek, ale wcale nie byłoby mi łatwiej. Każdy (a przynajmniej większość) biegnie na maksa, na swojego maksa. Kiedyś spotkałam się z dwoma skrajnie różnymi sytuacjami. Pierwsza dotyczyła dyskwalifikacji osoby, która zajęła na zawodach 1 miejsce za to, że na trasie rzekomo świadomie wyrzuciła śmieć (taki po batonie, żelu czy czymś takim) co oznaczało złamanie regulaminu. W obronę wzięło ją mnóstwo osób, a ich argumentem był fakt, że ona biegła na czas, na podium, na medal. Nie podejmę się oceny czy słusznie ją zdyskwalifikowano czy nie. Głośno jednak skomentuję fakt, że Kochani – tutaj naprawdę każdy się stara. Jeśli dla kogoś rekord trasy jest jego maksem to czapki z głów, serio to są po prostu mistrzowie, niezaprzeczalnie. Jednak warto mieć na uwadze, że ten kto biegnie 10km nawet trzy-cztery razy dłużej nie oznacza, że się obija. To bardzo ważna lekcja, która mocno wychodzi poza bieganie, a dotyka każdej życiowej sfery. Wiele osób porównuje się do innych, przykłada swoje wyniki do wyników kogoś innego, a to nie o to przecież chodzi. Porównaj swój wynik ze swoim wynikiem z innego okresu (ja w tym aspekcie może akurat nie :D). Ewentualnie zerknij na osoby podobne Tobie: doświadczeniem, wiekiem, stażem. Jednak miej z tyłu głowy, że to zaledwie kilka punktów, a na nasz wynik we wszystkich życiowych kwestiach to składowa ogromnej ilości tychże punktów. Ah jeszcze druga sytuacja – byłam kiedyś na maratonie, gdzie statuetkę otrzymała osoba, która jako ostatnia przekroczyła metę. Czy mogła się ona poczuć urażona? Nie sądzę, bo nie codziennie otrzymuje się wyróżnienie za najdłuższą walkę na trasie, za silny charakter i ogromną wytrwałość.

Warto robić co się kocha

Nawet jeśli nie jesteśmy w tym już najlepsi. To druga myśl, którą wykułam podczas tego prawie trzygodzinnego biegu. Oczywiście wzięła się ona z faktu, że mój mózg w pierwszej chwili podrzucał mi do głowy ponure stwierdzenia jakoby moje bieganie było już bez sensu. Kurczę, tak sobie myślę, że z ilu rzeczy rezygnujemy, bo boimy się czego – kompromitacji – i przed kim – przed samym sobą? Może i tak. Jeśli kiedyś robiliśmy coś regularnie i byliśmy w tym całkiem nieźli to oczywiste, że efekty tej pracy napawały nas dumą. W życiu spotykają nas różne sytuacje, albo my po prostu dokonujemy różnych wyborów. Całkowicie naturalną koleją rzeczy jest to, że jeśli tego czegoś nie ćwiczymy nasze efekty po jakimś czasie będą nieco gorsze. Gdyby tak nie było w ogóle praca nad czymkolwiek nie miałaby sensu – wyobrażasz sobie raz się czegoś nauczyć i utrzymywać ten poziom bez żadnego wysiłku już do końca życia? Noo nie, tak nie funkcjonujemy. Jednak dlaczego niby obawa przed tym, że tym razem pójdzie nam gorzej ma być powodem do nie podejmowania prób? Jeśli coś sprawiało Ci radość kiedyś i dziś po latach ponownie tą radość mogłoby Ci dać to w czym problem? Nie ma się co zniechęcać gorszym wynikiem, bo taki prawdopodobnie być musi (przynajmniej na samym początku). Nie ma się też co zamartwiać na zapas ani stresować. Dla kogo chcesz to zrobić, dla siebie, czy otoczenia? Kiedyś mówiłeś perfekcyjnie po angielsku, ale nie używasz go od 15 lat i boisz się odezwać w towarzystwie, bo ktoś się zaśmieje i stwierdzi, że o proszę a taki był z niego poliglota. Kiedyś czytałeś 52 książki w roku, a dziś boisz się powiedzieć, że jest ich 12, bo co? Bo znów opinia innych? Nie chcesz wrócić na siłownie, bo masz inną figurę niż 5 lat temu i chcesz uciec przed spojrzeniami ludzi z siłowni, którzy mogą Cię kojarzyć jako ucieleśnienie wszystkich bóstw? Ja też mogłam się bać, że jak wrócę po biegu i powiem jaki miałam czas, to ktoś zaśmieje mi się w oczy – ale postanowiłam mieć to gdzieś.

Także przez 2 godziny i 56 minut utwierdziłam się w tym że:

Jeśli na czymś Ci zależy rób to na maksa dla siebie i bądź z siebie dumny,

bez zbędnego porównywania się do innych.


Jeśli coś jest Twoją pasją to po prostu w to idź, dla siebie

i nie myśl o tym co powiedzą inni, bo ostatecznie to o Ciebie tu chodzi.

Maja R. ❤

To może Ci się spodobać

0 Komentarze

Flickr Images