Park Narodowy Snowdonia w Walii - trekking przez Masyw Carneddau i nocleg na szczycie

Zabieram Was na pierwszy z tej serii spacer po Parku Narodowym Snowdonia. Informacje o parku znajdziecie w tym wpisie , a dziś będzie o pier...

Zabieram Was na pierwszy z tej serii spacer po Parku Narodowym Snowdonia. Informacje o parku znajdziecie w tym wpisie, a dziś będzie o pierwszym trekkingu. Góra nieoczywista, bo jest jednak mniej popularna niż najwyższy szczyt, a zaledwie 21 metrów niższa. Chodzi o 1064 metrowy Carnedd Llewelyn leżący w paśmie Carneddau (wal. Cairns). Jego nazwa wywodzi się od imienia księcia Llewelyn z XIII wieku, jednak nie udało się ustalić, czy chodzi o Llywelyn the Great czy o jego wnuka Llywelyn ap Gruffydd. Otoczony z każdej strony przez inną górę pozwala na trekking przez cztery piękne szczyty masywu Carneddau za jednym podejściem. My wybraliśmy inną drogę, a jaką? Zapraszam do lektury.

Urocze miasteczko Llanrwst

Z Parku Narodowego Yorkshire Dales wyruszyliśmy prosto w kierunku Snowdonia National Park. Autostopem, dzięki uprzejmości wielu mieszkańców dotarliśmy do miasta Llanrwst na parking jednego z bardzo znanych miejsc w okolicy. Samo Llanrwst jest niewielkim miastem (zaledwie 5,24km2) w północnej Walii położonym nad rzeką Conwy na skraju Parku Narodowego Snowdonia. W sercu miasteczka stoi trójskrzydłowy most architekta Inigo Jonesa z XVI-XVII wieku, a na jednym z jego końców mieści się znana herbaciarnia Tu Hwnt i’r Bont. Odrestaurowany XV-wieczny dom, który obecnie jest własnością National Trust i przyciąga wielu turystów. Na chwilę siadamy obok mostu i robimy sobie przerwę. Kolejno zostawiamy za sobą herbaciarnię, mijamy zamek i kierujemy się na teren parku narodowego. Pierwszy punkt na naszej trasie znajduje się w odległości ok 6km od mostu z lekkim podejściem 200 metrów i jest to jedno z trzech jezior na naszej trasie - Llyn Geirionydd. Mamy już późne popołudnie dlatego tylko je obchodzimy i zmierzamy dalej po raczej płaskim terenie kolejne 5 kilometrów do drugiego jeziora Llyn Crafnant.

Szukamy miejsca na nocleg nad Jeziorem Llyn Cowlyd

Pogoda jest piękna, a powoli zachodzące słońce jeszcze dobitniej ukazuje jesienne kolory. Idziemy przez trawy zapadając się po kostki w wodzie. Mijamy pagórki pokryte krzewami i wrzosami. Nad Llyn Crafnant zastanawiamy się, czy zostać tutaj na noc, czy iść dalej. Mamy jeszcze trochę czasu, obchodzimy więc jezioro z lewej strony i znów kierujemy się do kolejnego punktu. Dojście tego dnia nad największe z trzech jezior Llyn Cowlyd wiążę się z przejściem kolejnych 5 kilometrów, tym razem nieco pod górę (ponad 300 metrów) i ponownym zejściem na 355 m.n.p.m. Llyn Cowlyd jest najgłębszym z walijskich jezior, jego średnia głębokość to 33 metry, ale w najgłębszym punkcie sięga 70 metrów. Rozbijamy się tuż za tamą, bo miejsc odpowiednich do spania w namiocie wbrew pozorom nie ma tutaj zbyt wiele. Owszem, teren jest płaski i generalnie zachęca do rozstawienia namiotu gdziekolwiek – do momentu aż nie staniemy tam w wyciskającej się spod butów wodzie. Dokładnie chodzimy w kółko zanim uznamy, że podłoże jest twarde i woda stojąca w namiocie nie zaskoczy nas o poranku.

W drodze na Carnedd Llewelyn

O poranku zbieramy nasz przybytek i udajemy się w dalszą drogę, planujemy bowiem tego dnia potrzeć na szczyt Carnedd Llewelyn. Nie wybieramy drogi wzdłuż jeziora, a prosto na północny zachód, którą dojdziemy – tak będę nudna – do kolejnego jeziora. Nie docieramy jednak do samego Llyn Eigiau leżącego na skraju gór Carneddau, a powodem zmiany trasy jest dziki koń biegający w okolicy zniszczonej tamy. Ale najpierw kilka słów o zaporze zbudowanej po wschodniej stronie jeziora w 1911 roku. Liczyła ona 1,2km długości i 10m wysokości i miała zaopatrzyć elektrownię we wsi Dolgarrog w wodę do zasilania huty aluminium. Pierwotny wykonawca wycofał się z projektu, ponieważ nie pochwalał on wycinania rogów zapory i jak widać miał on w tej sprawie racje. Już w listopadzie 1925 roku po pięciodniowych opadach deszczu zapora Eigiau nie wytrzymała naporu sił natury i uwolniła 318 miliardów litrów wody! Strumień niosący ze sobą prawie 200 tonowe głazy spłynął prosto do wsi Dolgarrog i doprowadził do ogromnych zniszczeń. Co ciekawe katastrowa zabrała życie 16 osobom, a co uratowało większość mieszkańców? Kino, a dokładnie to, że tej nocy w lokalnej świetlicy położonej nieco wyżej wyświetlany był seans filmowy na który udało się wielu mieszkańców. Także kochani, 12 lutego 2021 roku polski rząd otwiera kina – nie muszę Wam mówić co warto zrobić.

W sumie nie udaje nam się przyjrzeć tej wadliwej konstrukcji, nie ma też mowy o stanięciu na skraju jeziora, bo okolicą zdaje się rządzić koń. Jest on jak pasterski pies dla wszechobecnych owiec, a nasza obecność tutaj ewidentnie mu nie pasuje. Żadne z nas nie ma zbyt dużego doświadczenia z końmi, a już szczególnie z takim dziko wierzgającym ogierem. Biega dookoła nas w pewnej odległości i skutecznie zagradza wybierane przez nas drogi. Ostatecznie wycofujemy się i szybko śmigamy bokiem. Dalej idziemy już wzdłuż rzeki Afon Eigiau, przechodzimy przez mały mostek i spotkamy dwóch tubylców prowadzących owce. Próbujemy dowiedzieć się czegoś o tym koniu, ale ich angielski jest słaby, a nasz walijski nie istnieje. Czeka nas jeszcze kilka kilometrów po płaskim terenie z dość dobrą drogą. Jej obecność jest tutaj uzasadniona, bo stoi tu murowana chatka, która jak się okazuje, jest do wynajęcia. Podczas naszego trekkingu na zewnątrz siedzi para wspinaczy z dwoma psami pijąca poranną kawę. Zatrzymujemy się na chwilę rozmowy i dowiadujemy się jak wygląda wynajęcie tej chatki, dają też wizytówkę i zapraszają nas do środka – ja przepadam. Nie ma tu innej wody, jak ta ze strumienia, nie ma talenty i prysznica tylko wychodek. Nie ma prądu ani zasięgu, jest za to starodawna kuchnia z piecem, a po ustaleniu z wynajmującą dom organizacją pracownik może Cię tam przywieść terenowym samochodem z całym zapasem jedzenia. Pytamy nieśmiało o cenę i tutaj kolejne zdziwienie, bo to zaledwie kilka funtów. Jeśli kiedyś potrzebowalibyście namiary na takiej miejsca, śmiało piszcie do nas, a postaramy się jakoś Wam pomóc.


Szlakiem dochodzimy prosto do Cwm Eigiau Slate Quarry na początku Doliny Afon Eigiau. Ten kamieniołom otwarty w 1840 roku działał do końca XX wieku, a wydobywany tutaj łupek transportowano przedłużonymi liniami tramwajowymi Cedryn. Obecnie widać jedynie wyrobiska i ruiny młynów i budynków gospodarczych. Nasz szlak odbija w prawo i ciągnie się już pod górę. Czeka nas powolne podejście 400 metrów do góry w pełnym, wrześniowym, angielskim słońcu.

Jesteśmy już na wysokości ponad 900m.n.p.m. co oznacza, że do szczytu pozostało niewielkie podejście. Robimy dłuższy postój, a ponieważ brakuje nam wody, Krzysiek jest zmuszony zejść na dół do jeziora Ffynnon Llyffant. Gotujemy obiad i cieszymy się piękną pogodą.

Zachód słońca na Carnedd Llewelyn

Niedługo przez zmierzchem idziemy na Carnedd Llewelyn na wysokość 1064m.n.p.m. Plan na wieczór jest genialny. Chcemy przygotować się do spania na szczycie, zjeść kolację i czekać na zachód słońca, obserwować nocą gwiazdy, a rano obudzić się jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca. Trochę obawiamy się zimnej nocy, szczególnie na takiej wysokości, jednak wizja pięknych widoków przekonuje nas, że jedną noc warto się przemęczyć. Nie będę opisywała tego wieczoru, bo mam wrażenie, ze poniższe zdjęcia zrobią to najlepiej.

Poranek na szczycie i doliny w chmurach

Noc wcale nie jest najgorsza, bo uwierzcie, bywały dużo zimniejsze. Także bez problemu szybciej wychodzę ze śpiworu, niż słońce zza horyzontu. Mogę w spokoju rozejrzeć się po górze i pospacerować po bardzo płaskim szczycie. Chmury zostały w dolinach, a ponad nimi niebo barwi się na wszystkie odcienie od czerwieni po żółć. Ostatecznie warto było popodziwiać piękny zachód i poranek. W nocy kiedy wyszłam z namiotu nie było niestety żadnych widoków, ale może uda się innym razem. Jemy śniadanie i na górze powoli pojawiają się inni turyści, a my ponownie spakowani, ruszamy w dół. Jest piątek, a co za tym idzie, jak w każdy weekend od dwóch tygodni dojechać ma do nas przyjaciel Bartek. Mieszka on w innym rejonie Wielkiej Brytanii, ale jak tylko w piątek wychodzi z pracy dojeżdża do nas samochodem, by spędzić wspólnie jeszcze trochę czasu.

Pionowe zejście na parking Pont Pen y Benglog

Jesteśmy umówieni na parkingu Pont Pen y Benglog i wybieramy się tam najkrótszą z dostępnych tras, dlatego ze szczytu schodzimy drogą na południe. Kierujemy się na Carnedd Dafydd, a po prawej stronie szlaku znajdują się znane urwiska Ysgolion Duon, tłumaczone na angielski jako Czarne Drabiny i jest to miejscu wielu tras alpinistycznych. Pogoda znów nas rozpieszcza i ukazuje piękne widoki na doliny, inne pasma górskie i kilka jezior. Droga aż do Pen Ur Ole Wen to lekkie zejście zaledwie 100 metrów w dół, ale dopiero teraz zacznie się prawdziwy dół – na odcinku nieco ponad 1 kilometra czeka nas prawie pionowe zejście o różnicy wysokości równej 600 metrów. Jeśli obliczyć to z ‘pitagorasa’ to zejście jest pod kątem 60 stopni w dół 😂 Nie wiem co Wy w górach lubicie, a co nie – ale ja takich zejść nie znoszę! Kolana odmawiają posłuszeństwa, nogi czasami są jak z waty, a wierzcie że 60 litrowy plecak nie pomaga. Ahh nie ma co narzekać, bo idąc tym właśnie szlakiem mamy świetny widok na masyw Glyderau i cud-dow-ne jezioro Llyn Idwal.


Na parking i centrum turystyczne docieramy niewiele przed przyjazdem Bartka. Mamy czas na przepakowanie się, uzupełnienie wody, obiad i odpoczynek. Robię szybkie pranie w umywalce i nawet myję włosy. Czasami potrzeba nam dłuższej chwili, aby „doprowadzić się do stanu człowieka”. Ps. Czy u Was w domu też tak się mówiło? Tutaj kończy się nasz dwudniowy trekking w masywie Carneddau i zaczyna kolejny, ale o nim przeczytacie już niebawem. Na ten moment zostawiam Wam jeszcze mapę z zaznaczoną trasą, którą szliśmy. 

Walia mnie coraz mocniej zachwyca

Maja R.

To może Ci się spodobać

0 Komentarze

Flickr Images