5.1.21

Masyw Śnieżnika i (nie)szalony Sylwester - pomysł na trekking

Aż ciepło na sercu, kiedy 5 stycznia masz świadomość, że już udało Ci się być w tym nowym roku na wypadzie – i to jakim! Prawdą jest, że wyjazd trochę wisiał na włosku. W roku 2020 jakie komunikaty były wszyscy wiemy, albo w sumie nie wiemy, bo każdy mówił co innego. Ostatecznie na stronie rządowej widniała informacja, że „Obowiązuje zakaz przemieszczania się z 31 grudnia 2020 r. na 1 stycznia 2021 r. w godz. 19:00 – 6:00”. Dlatego żadnego z rządowych zakazów nie złamaliśmy, w wyżej wymienionych godzinach absolutnie nie mieliśmy zamiaru się nigdzie przemieszczać – tam gdzie spędzaliśmy Sylwestra było nam najlepiej ❤

Byliśmy w Masywie Śnieżnika

najwyższym paśmie górskich Sudetów. Jednak to nie ten polsko-czeski masyw przyciągnął nas do siebie, nie był to nawet mierzący 1425m.n.p.m Śnieżnik. Tym co zadziałało na nas jak magnes była leśna chatka. O jego istnieniu dowiedzieliśmy się raptem dwa tygodnie wcześniej, kiedy Krzysiek zabrał pasażerkę na blablacarze. Dlatego warto poznawać nowe osoby! Powiedziała nam o tym miejscu, że istnieje, że tam była, jest zadbane i naprawdę warto. Sylwester wydawał się idealną okazją aby się przekonać.

Wyskoczyliśmy zaledwie na dwa dni, ale to żaden problem, bo trasa z Ostrzeszowa do Międzygórza, gdzie zaczynał się nasz szlak to 214km i 2h 30 min jazdy samochodem. Z racji, że zimą dzień jest krótki pobudka o 5:30 to okropność biorąc pod uwagę fakt, że to Sylwester. Po drodze wjeżdżamy jeszcze do centrum Wrocławia, więc do Międygórza docieramy przed 10:00. Samochód zastawiamy na darmowym parkingu, łapiemy plecaki i w drogę.

Po przejściu kilku kilometrów zaczynamy mieć pewne problemy. W sumie ciężko powiedzieć dlaczego, bo nie jesteśmy w górach po raz pierwszy. Wręcz przeciwnie, pokusiła bym się o stwierdzenie, że naprawdę potrafimy czytać mapę, a chodzenie po wyznaczonych szlakach nie powinno sprawiać żadnych kłopotów. Nie wiem jak w reszcie masywu, ale w mojej opinii szlak z Międzygórza nie jest specjalnie dobrze oznaczony. Samych znaków jest od groma, bo Masyw oferuje nie tylko szlaki piesze, ale także te dla rowerzystów czy narciarzy. Patrząc dziś na ślad GPS jaki zarejestrował zegarek i przyrównując go do mapy turystycznej okazuje się, że ostatecznie poszliśmy dobra drogą.

Swoje kroki kierujemy na szlak niebieski i czerwony, który prowadzi nas to lasu, a im wyżej idziemy tym las jest piękniejszy. Zaczyna otaczać nas śnieg, którego nie było widać z drogi dojazdowej do Międzygórza. Zaskakuje nas to zdecydowanie pozytywnie, dwa tygodnie wcześniej byliśmy w Bieszczadach, gdzie śniegu niestety nie uraczyliśmy. Tutaj z każdym krokiem mamy go za to co raz więcej i więcej, ugina gałązki iglaków swoim ciężarem, a słońce odbija w nim promienie. Na rozwidleniu wybieramy szlak niebieski. Mamy dziś więcej czasu niż jutro dlatego postanawiamy iść dłuższym szlakiem, tak aby kolejnego dni wrócić najkrótszą drogą.

Pogoda dopisuje, podnosząc twarz do góry widzę błękitne niebo, bez najmniejszego śladu chmur. To dobry znak, bo przecież idziemy zobaczyć zachód słońca. Trochę rozmawiamy, a trochę milczymy. Taki trekking to też dobry czas na przemyślenia, a przemyśleń z końcem roku każdy ma całą listę. Między innymi ten spokojny spacer pozwolił mi ostatecznie rozprawić się z myślami i zaraz po powrocie napisać podsumowanie 2020 roku. Docieramy do rozwidlenia na Śnieżnickiej Przełęczy, gdzie dochodzi do istnej kumulacji szlaków każdej maści. Mamy już za sobą ponad 8km drogi, do schroniska czeka nas jeszcze jeden. Docierają teraz do nas dwa fakty. Po pierwsze rozpatrujemy opcję postoju na obiad. Rzucam argument, który brzmi „jestem głodna”, a chłopacy zgadzają się już na przerwę bez żadnych dyskusji. Druga kwestia to czas. Idziemy żółto-czerwonym szlakiem, słońce świeci już bardzo z zachodu i nie ma już takiej barwy jak w ciągu dnia. Jest już po 15:00, do zachodu wcale nie zostało nam tak wiele czasu.

Powoli wychodzi ponad linię ośnieżonych drzew. Przy schronisku, mimo że z powodu narodowej kwarantanny jest zamknięte od 28 grudnia do 17 stycznia jest całkiem sporo turystów. Jedni palą ognisko w wyznaczonym miejscu, inni gotują obiad na kuchence, jeszcze inni robią zdjęcia swoim dzieciom, które śmigają w dół na plastykowych sankach. Zajmujemy jedna z wolnych ławek i ogarniamy ją ze śniegu. Dzień kończy się wcześnie, dlatego rezygnujemy z gotowania obiadu. Postanawiamy za to zjeść szybką owsiankę i śmigać na szczyt.

Idziemy w górę razem z tymi, którzy tak jak my planują pożegnać ostatnie w tym roku słońce na wysokości 1426m.n.p.m. przystajemy jeszcze kilka razy, bo jednak na niebie znajduje się kilka chmur, a to co robi z nimi słońce chyba nie jest do opisania. Obłoki kłębią się między drzewami, a słońce świeci już nieco niżej idealne je oświetlając. Na Śnieżnik docieramy w punkt. Niebo przybiera już odcienie pomarańczy, różu i fioletu. Tak jak inni znajdujemy sobie dogodne miejsce do obserwacji tej pięknej palety barw.

Słońce znika powoli za horyzontem, a my zastanawiamy się jak dokładnie iść dalej. Mamy mapę z zaznaczona chatką, jednak nigdy tam nie byliśmy. Pierwsze co to próbujemy odnaleźć zielony szlak na zachód, biegnący granicą polsko-czeską. Musimy dojść na wysokość punktu, gdzie obok przecinają się szlaki czerwony i żółty. Odbijamy w leśną ścieżkę i tutaj jakby wszystko zgadza się z opisem na stronie. Idziemy już jakiś czas, a noc rozpoczęła się już na dobre. Powoli zaczynam mieć wątpliwości i nastawiam się już na spanie w namiocie. Patrzymy na mapę i po chwili Krzysiek uznaje, że należy skręcić tutaj w lewo. Okej, jest wydreptana droga w śniegu, ale to stanowczo nie przypomina już ścieżki w lesie. Idziemy nią na tyle długo, że każdy zdarzył się już wywrócić i nawet Bartek zaczyna wątpić w powodzenie misji, aż do chwili kiedy słuchać ludzi i widać dym z ogniska. Okazuje się że w chatce jest też inna ekipa.

Chatka w lesie

Na szczęście domek jest otwarty, bo takie obawy też mieliśmy, a w środku wygląda tak jak na starych zdjęciach. Wchodzi się przez wiatrołap, dzięki któremu zimne powietrze nie wpada od razu do środka. Wchodzimy do kuchni, gdzie pali się ogień w starym, kuchennym piecu. Na jednej ze ścian znajduje się góra przygotowanego do palenia drewna. Naprzeciw znajduje się stół, ławki i taborety, a w rogu regał z kuchennymi akcesoriami, jedzeniem które ktoś zostawił, świeczkami, zapałkami, a nawet worki na śmieci n wypadek, gdyby ktoś zapomniał. Ta chatką jest w takim stanie tylko dlatego, że turyści który się w niej zatrzymują są świadomi – dbają o porządek, zostawiają rzeczy dla innych, zabierają śmieci, sprzątają. W domku mamy jeszcze dwa pomieszczenia, jedno za kuchnią na dole. Do drugiego wchodzi się po drabince w kuchni, my będziemy spali właśnie tutaj.

Mamy jeszcze bardzo dużo czasu do północy, gotujemy kolację, siedzimy z kilkoma osobami. O samym Sylwestrze nie za bardzo mogę coś napisać. Nasz był bez alkoholu, bez tańców i bez fajerwerków. Ba udało nam się nawet zdrzemnąć przed godziną ostateczną. Na samą północ wyszliśmy przed chatkę, ale bez większych szaleństw. Ktoś miał tylko zimne ognie i tyle.

Chatka tak trzyma ciepło, że w naszym pokoju budzimy się nawet lekko spoceni. Faktycznie mieliśmy najcieplejsze ze śpiworów, które ostatecznie były niepotrzebne. Jednak kiedy się pakowaliśmy nie byliśmy pewni czy do domku trafimy albo czy będzie otarty. Dlatego zabraliśmy i namiot i bardzo ciepłe śpiwory.


Rankiem szybko zbieramy rzeczy z nadzieją, że zdążymy jeszcze na wschód słońca. To jest plus zimy, że słońce wstaje przed 8:00, a nie przed 5:00. Wracamy tą samą drogą, którą doszliśmy do chatki wczoraj. Zatrzymujemy się krótko przed szczytem, jemy śniadanko i podziwiamy wschodzące słońce. Dookoła stoi kilka namiotów i wydaje mi się, że większość z nich to namioty czeskie. Strasznie marznę, więc popędzam chłopaków z tym śniadaniem – tym bardziej, że nie chcieli gotować herbaty. Docieramy na szczyt i schodzimy do schroniska.


Tutaj boli mnie serce, bo przy ławkach leżą butelki od piwa, szampana. Ludzie jeśli możecie wnieść pełną butelkę z piwem, to chyba nie ma problemu znieść ją pustą! Mijamy schronisko i schodzimy czerwono-żółtym szlakiem. Tutaj powinniśmy zejść w pół czerwonym, ale coś nam nie wyszło. Dlatego kiedy znów dotarliśmy na Śnieżnicką Przełęcz kontynuowaliśmy trekking czerwonym szlakiem. Mieliśmy iść krótszym szlakiem, a doszliśmy pod Czarną Górę. Mijamy Jaworową Kopę i schodzimy już do Międzygórza.

Podsumowując pierwszego dnia zrobiliśmy trasę 16,5km w czasie 5 godzin z podejściem 921 metrów. Drugiego dnia przez własną głupotę zamiast iść najkrótszą trasą znów zrobiliśmy 16,5km w czasie 4 godzin i podejściem 300 metrów.

I wcale bym się nie obraziła, gdyby powiedzenie
jaki Sylwester taki cały rok
było prawdziwe

Maja R.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza